Dobiegł końca wieczór wyborczy, podczas którego na twitterowym bazarku rozmawialiśmy o masowym kupowaniu pistacji, obniżce cen pomidorów czy niewielkich zakupach swetrów i zlewów, co w zawoalowany sposób wskazywało na poszczególne partie. Cisza wyborcza przestała mieć po prostu sens. Z ciężkim sercem wszyscy położyliśmy się spać. Jedni ze strachem, inni zaciekawieni, jeszcze inni szczęśliwi ze wstępnie ogłoszonych wyników. I co? I nic. Nic się nie zmieniło. Niebo nie zawaliło się nam na głowy i ziemia się nie zatrzęsła. Rano jak co dzień poszliśmy do pracy.

Codziennie wczesnym rankiem budzi mnie najbardziej znienawidzony sprzęt domowy. Nieprzejednany i nieznoszący sprzeciwu budzik. Przez lata naszej znajomości usłyszał wszystkie znane mi przekleństwa po tysiąckroć, ale nie robi to na  nim żadnego wrażenia. Nie daje mi pospać do woli i już. Kładliśmy się ze ślubnym w niedzielę z poczuciem, że coś nastąpi. Ktoś nas rano wyciągnie z łóżka. Na wszelki wypadek kilka razy sprawdziliśmy zamek i na prędce skleciliśmy pułapkę - niespodziankę, która miała spaść znienacka na głowę nieproszonego gościa. Tuż przed zaśnięciem rzuciłam jeszcze szyderczy uśmieszek w stronę budzika - rano miał być przecież nieprzydatny. I co? I nic. Obudził mnie ten sam, co zawsze, znienawidzony budzik. Tylko do pracy dotarłam później niż zwykle, bo pułapka na nieproszonego gościa okazała się pułapką na wychodzącego domownika, a pozbycie się kilograma mąki z włosów, ciała i ubrań zajęło mi trochę czasu.

Coś jeszcze rzuciło mi się na umysł przez tą chorą z nienawiści kampanię. Dopadłam swojego biura, podejrzliwym wzrokiem omiatając mijane zaułki w poszukiwaniu kościelnych bojówek. Mieli przecież na siłę zaciągać obywateli na obowiązkową mszę codzienną. Pewnie z powodu tego spóźnienia nikogo po drodze nie spotkałam? Do domu jednak też bez zakłóceń dotarłam środkiem jak najbardziej publicznej komunikacji. Nikt przystanków nie pozamieniał, nie zmuszano pasażerów do odprawiania modłów i śpiewania pobożnych pieśni w czasie jazdy. Kierowca ubrany był jak zwykle, a i kontrolerzy całkiem zwyczajni byli. Choć w sumie pokuta za jazdę bez biletu miałaby szansę się przyjąć.

Koniec października, to jak wiadomo jesień w pełni. Odchodząca pani premier tuż przed ciszą wyborczą wygrażała Polakom, że jeśli wybory wygra #PiS i jeśli w dodatku będzie mógł samodzielnie stworzyć rząd - to w kraju zapanuje średniowiecze. Zresztą trudno to jakoś dokładnie ustalić, bo pani premier mówiła o cofnięciu kalendarza o pięćset lat, a wtedy już średniowiecza nie było. W XVI wieku w Europie w najlepsze trwało odrodzenie, a dla Polski wiek ten okazał się złotym wiekiem. Rozkwitała kultura, sztuka i nauka. Kochanowski, Rej, Frycz Modrzewski wypisywali litry atramentu, a Polska liczyła się na arenie międzynarodowej. Symbolicznie rzecz ujmując, wybory z pewnością uczyniły Platformie Obywatelskiej jesień średniowiecza, ale być może spełni się proroctwo pani premier i wkrótce powitamy złoty okres współczesnych dziejów Rzeczypospolitej.

Wyniki wyborów powinny definitywnie zakończyć kampanię i rozpocząć rozmyślania nad sobą wewnątrz przegranej z kretesem PO. Tymczasem nic się nie zmieniło. PiS nadal nie schodzi z pola zainteresowania Platformy. O ile jednak podczas kampanii skupiano się na pluciu jadem, sączeniu trucizny i wysysaniu krwi oraz na oskarżaniu PiS o wszystko, co się działo w Polsce przez ostatnie osiem lat, o tyle od pierwszego powyborczego poranka zaczął się festiwal żądań. Zranieni do żywego członkowie i sympatycy PO rozryczeli się w mediach od nowa. Tupiąc nóżką, domagają się natychmiastowej wypłaty po 500 złotych na każde dziecko, wybudowania 3 mln mieszkań, obniżenia wieku emerytalnego o połowę, zwiększenia emerytur, podniesienia płac i zwiększenia kwoty wolnej od podatku.

Nał, natychmiast. Jeszcze prezydent nie zwołał posiedzenia sejmu, jeszcze stara pani premier nie podała się do dymisji, jeszcze nie zaprzysiężono nowego rządu.

Puknijcie się w czoła. Obłęd można już leczyć. #Platforma Obywatelska #wybory 2015