Urodziłam się w Makowie Mazowieckim. Tym Makowie, w którym #Jarosław Kaczyński w poniedziałek dwunastego października straszył mieszkańców chorobami, które mogą sprowadzić do Polski uchodźcy, muzułmanie. „Są już przecież objawy pojawienia się chorób bardzo niebezpiecznych i dawno nie widzianych w Europie. Cholera na wyspach greckich, dezynteria (prawidłowa nazwa to dyzenteria) w Wiedniu. Różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki, które nie są groźne w organizmach tych ludzi mogą tutaj być groźne. To nie oznacza, żeby kogoś dyskryminować, ale sprawdzić trzeba”. Przyznam, że kiedy to usłyszałam zastanawiałam się o co chodzi prezesowi Kaczyńskiemu?! Przecież nie jest epidemiologiem?! Dlaczego „wykłada” coś o czym wie tak niewiele? Ale po chwili doszłam do wniosku, że przecież naszą narodową przypadłością jest przeświadczenie, że znamy się na wszystkim. Poza tym prezes kontynuuje straszenie uchodźcami, co ma pomóc jego partii w osiągnięciu jak najlepszego/najwyższego wyniku w wyborach parlamentarnych. Ale czy tylko o interes polityczny tutaj chodzi? 

Różne interpretacje słów Jarosława Kaczyńskiego

O wiele ostrzej słowa Kaczyńskiego skomentował Andrzej Celiński (Partia Demokratyczna), który jako kandydat niezależny ubiega się o fotel senatora. „Straszenie pasożytami to jest dokładny cytat, to jest język nazizmu, hitleryzmu”. To słowa bardzo mocne, ale uzasadnione historycznie. Wszak nie kto inny jak Żydzi byli nosicielami tyfusa. Ani wtedy Niemcy, ani dziś prezes nie zastanawiali się nad etiopatogenezą (specjalnie użyłam tego specjalistycznego określenia, które oznacza - przyczyny występowania) wymienionych chorób. Bo i po co. Liczy się tyko straszenie. Z kolei Roman Giertych (kiedyś LPR), dziś również kandydat niezależny na senatora z list Platformy Obywatelskiej był w ocenie kontrowersyjnych słów Kaczyńskiego bardziej łagodny: „Karmienie ludzi takim strachem (…) jest przejawem pewnego kompleksu (…) Jarosław Kaczyński jest osobą, która nie zna języków obcych, która się - właściwie - poruszała po świecie tylko w ramach delegacji oficjalnych, która nie rozumie świata poza Polską”. Również z tą wypowiedzią trudno się nie zgodzić. 

Słowa prezesa oburzają mnie, bo jest on człowiekiem wykształconym, znającym historię i nie powinien krzewić czegoś, co jest jawnym propagowanie uprzedzeń i dyskryminacji. A te jak wiemy były zaczątkiem najczarniejszych kart w historii świata. 

Kiedy jednak jeszcze raz przeanalizowałam słowa Roman Giertych, które potwierdzają to o czym pisał wcześniej Jacek Żakowski, publicysta „Polityki” doszłam do wniosku, że Kaczyński faktycznie się boi. A strach, jak wiadomo ma wielkie oczy. Wiadomo też, że jest odczuciem pierwotnym, które wynika często z niewiedzy i instynktu przetrwania. 

Tym bardziej przeraża mnie kiedy czytam w komentarzach do niemal każdej wypowiedzi prezesa Prawa i Sprawiedliwości, że jest on prawdziwym mężem stanu. To dowód na to jak wielu z nas nie rozumie wypowiadanych słów, nie zna definicji i żeby dodać sobie „elokwencji” używa określeń wbrew ich znaczeniu. Niestety ja wśród aktywnych polityków nie dostrzegam prawdziwych mężów stanu. 

źródło: TVN24

fot.: screen TVN24 #PiS #kryzys uchodźczy