Pani #Beata Szydło, kandydatka PiS na premiera, chce wydawać około 20 mld złotych rocznie na dzieci. To piękny cel - wiadomo, że młodzież jest przyszłością narodu, ale gdy odłożymy na bok emocje, sprawa wygląda zupełnie inaczej.

Zacznę od tego, że moim zdaniem państwo nie powinno się bawić w organizację charytatywną - zamiast zabierać pieniądze, a potem je oddawać, powinno po prostu zostawić ludziom ich pieniądze w ich kieszeniach. Ale skoro główny faworyt jesiennych wyborów uważa inaczej, trzeba postawić kilka pytań.

Skąd wziąć pieniądze na sfinansowanie ustawy?

Pani Szydło nie wskazała źródła finansowania tej ustawy. "Pieniądze się znajdą" to typowe patrzenie na sprawę dla ludzi, którzy nie mają zbyt wielkiego pojęcia o ekonomii. Można tylko dodać, że "jakby ktoś pierwszy znalazł, to niech powie". Ale pieniądze nie rosną na drzewach - aby rząd mógł je wydać, musi najpierw je mieć. Są na to dwa sposoby - rezygnacja/ograniczenie obecnych wydatków lub po prostu ich zwiększenie. Zwykle kończy się gdzieś "pośrodku" - czyli część środków pochodzi z ograniczenia pieniędzy w innych sektorach, a część z podniesienia ogólnej puli.

Co oznacza zwiększenie wydatków budżetowych? Znów jest kilka metod. Pierwsza to podniesienie podatków. Zgodnie z zasadami ekonomii podatki płacą konsumenci - czyli ciężar 500-złotowego dodatku poniosą głównie rodziny wielodzietne, które będą musiały więcej płacić w sklepach. Drugim sposobem jest wzrost deficytu, ale zaciągnięty dług trzeba będzie kiedyś spłacić. Odsetki będą spłacane z podatków, a te będą płacić głównie... ci, którzy mają być beneficjentami nowej ustawy. Wreszcie jest trzecie rozwiązanie - przyspieszenie wyprzedaży pozostałego majątku narodowego. Ale to jest dość krótkowzroczne spojrzenie, bo bogactwo państwa przecież w końcu kiedyś się wyczerpie, a zobowiązania pozostaną.

Zabrać jednym, by dać drugim?

Jeśli nie chcemy zwiększać budżetu, można spróbować ograniczyć wydatki w innym sektorze. Jest to możliwe, bo polskie władze przez ostatnich 8 lat (ale wcześniej też) wydawały rocznie kilkadziesiąt miliardów na różnego rodzaju subwencje, które nie służyły ogółowi społeczeństwa, a zwykle wąskiej grupie beneficjentów. Dziesiątki tysięcy organizacji pozarządowych dostawały milionowe dotacje na swoją działalność- między innymi głośno było o stronie "mamprawowiedzieć", którą w czasie debaty prezydenckiej reklamował Bronisław Komorowski. Szybko okazało się, że w działalność strony zaangażowana jest córka byłego prezydenta, a prowadzące stronę stowarzyszenie dostaje pieniądze od państwa. Ograniczenie tego typu wydatków pozwoliłoby nie tylko sfinansować ustawę proponowaną przez panią Szydło, ale nawet ograniczyć deficyt budżetowy.

Pieniądze na dzieci ożywią gospodarkę?

W zdecydowanej większości przypadków dodatek "#dziecięcy" faktycznie zostanie przeznaczony na bieżącą konsumpcję. A to oznacza, że najpierw z każdych wydanych 500 złotych, 93,50 złotych trafi do budżetu w formie VAT-u. Pozostałe 406,50 zostanie obłożone podatkiem dochodowym - to około 77 złotych. Dodatkowo z pozostałych pieniędzy część trafi do budżetu w formie akcyzy - czy to na benzynę, czy to na alkohol i papierosy (nie miejmy złudzeń, że cała kwota zostanie przeznaczona na produkty dla dzieci). Mówiąc niezbyt elegancko - około 40% z wydanej kwoty "zaliczy pusty przebieg" i wróci do budżetu.

Ale to, co jest istotne i chyba najważniejsze - pozostałe pieniądze wrócą do gospodarki w tym miejscu, gdzie naprawdę dany produkt jest potrzebny. To jest ogromna różnica między "dodatkiem na dziecko", a innymi rządowymi dotacjami, które szły np. na sfinansowanie artystycznej instalacji prezentującej słońskie odchody w beczce albo na portale internetowe, które upadały w ciągu roku od powstania (lub nawet nie startowały). Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby podatki w Polsce były dużo niższe, wtedy żadne dodatki nie byłyby potrzebne. Ale o tym wspomniałem już na początku.

Źródło: pl.blastingnews.com #wybory 2015