Pomagać czy nie pomagać uchodźcom- na to pytanie wciąż nie potrafią odpowiedzieć Polacy. Nie potrafimy odpowiedzieć do tego stopnia, że sytuacja w Polsce staje się groteskowa. Jeszcze nikt do nas nie przyjechał, a my już zdążyliśmy się skłócić. Jeśli któryś uchodźca zdecyduje się wreszcie tu przybyć, pomyśli że ewidentnie pomylił drogę - wszak jego celem miała być ucieczka przed konfliktami, a nie rzucanie się w ich objęcia.

Na nasze szczęście w poczuciu zażenowania biją nas o głowę unijne instytucje - zbiurokratyzowane fasadowe machiny powoli próbujące strawić pierwszą (i z pewnością nie ostatnią) falę uchodźców. Te już wykoleiły się bardziej jak w przypadku konfliktu na Ukrainie - dopiero 23 września na specjalnym szczycie podjęta zostanie decyzja, co zrobić ze 120 tysiącami uchodźców (chociaż oczekujących przyjęcia jeszcze w tym roku jest kilka razy więcej).

Więc pomagać czy nie pomagać uchodźcom? Polska rzekomo ma odpowiednie instrumenty do tego, by przyjąć ponad 10 tysięcy imigrantów. Zdaniem Roberta Biedronia wystarczy rodziny uchodźców rozdysponować między 2,5 tys. gmin - to takie proste. Natomiast żaden zwolennik ich przyjmowania nie kwapi się z odpowiedzią, w jaki sposób mamy zmusić ich do pozostania w naszym kraju. Nie ma się co oszukiwać, że docelowo imigranci chcą mieszkać w Niemczech, Szwecji czy Anglii. Polska ma więc przetrzymywać tych ludzi siłą? Czy mamy to rozumieć tak, że Niemcy będą się z nami dzielić swoimi doświadczeniami w prowadzeniu obozów koncentracyjnych? Los może okazać się przewrotny i faktycznie na zachodzie zacznie się mówić o polskich obozach...

Strach przeciwników przyjmowania uchodźców w wielu przypadkach jest uzasadniony - ale nie popadajmy też w paranoję - obecna sytuacja nie jest efektem zaplanowanej akcji muzułmanów o nazwie "Hijra". Dlaczego tak twierdzę? Choćby dlatego, że nie ma na to żadnego dowodu - dokumentu, wypowiedzi przywódcy religijnego czy czegokolwiek potwierdzającego takie zjawisko.

Obecną sytuację należy przede wszystkim rozważać pod kątem politycznym - jeśli Polska dziś nie będzie chciała mieć udziału w przyjmowaniu uchodźców, nie spodziewajmy się pomocy, gdy nagle my jej będziemy potrzebować (a może to się stać w niedalekiej przyszłości). Wtedy usłyszymy gromkie - "to wasz problem".

Przeciwnicy antyimigranccy mają zasadniczą rację w przynajmniej jednej kwestii - obrazki strasznych zamieszek w Anglii, Francji czy Szwecji dotyczą dokładnie tej samej grupy społecznej, która właśnie odbija się od murów węgierskich i chorwackich przejść granicznych. To ludzie, którzy się nie integrują. Zdaniem polityka SLD, Piotra Gadzinowskiego muzułmanie są w stanie się zasymilować z polskim społeczeństwem nie gorzej niż Wietnamczycy. Tylko z jakichś względów to nie Azjaci są autorami rozruchów w Anglii, a przecież ich tam nie brakuje.

W zasadzie powinniśmy sobie odpowiedzieć na inne pytanie - dlaczego Polska ma w ogóle rozwiązywać ten problem poprzez państwowe instytucje? Dlaczego nasz kraj przyjmuje odpowiedzialność za zorganizowanie dachu nad głową czy za gwarancję pracy? Rządzący mówią, że są w stanie przyjąć 12 tysięcy uchodźców... zapewnić mieszkanie i roczne zatrudnienie. To jak to jest? Setki tysięcy Polaków bez pracy i administracja nic nie może na to poradzić, a teraz rząd może od tak komuś ją dać? Tysiące starających się o lepsze warunki lokalowe, bo obecne zagrażają życiu i zdrowiu nie może doczekać się pomocy, ale dysponujemy tysiącami mieszkań dla uchodźców? To policzek wymierzany własnemu społeczeństwu. Może niech lepiej państwo skupi swoją uwagę na skutecznym bronieniu własnych obywateli. Ponoć nasza obronność daje nam mniej niż tydzień w starciu z potencjalnym zewnętrznym agresorem. W kontekście uchodźców powinno jedynie przypilnować, czy przybywający nie mają terrorystycznej przeszłości - a pomoc zostawmy już samym obywatelom. W tym kraju nie brak ludzi dobrej woli - w końcu tłumnie zbierali się w największych miastach Polski. #Terroryzm #imigracja #kryzys uchodźczy