Rosnąca liczba Polaków emigrujących "za chlebem" niepokoi. Według danych #GUS na koniec 2013 roku, poza granicami kraju przebywało niemal 2,1 miliona Polaków.

Mijają lata...

Minęło 135 lat od czasu, kiedy wędrówkę polskiego chłopa "za chlebem" opisał Henryk Sienkiewicz w noweli pod tym samym tytulem. Pisarz przedstawił losy emigrantów, którzy w poszukiwaniu lepszego życia podróżowali pod pokładem statku czwartą klasą. Na lepszą podróż nie było ich stać. Na miejscu, w wymarzonym raju - Ameryce , nie znaleźli jednak tego, o czym tak marzyli wierząc, że się im uda to zrealizować. Dlaczego ? Barierą była nieznajomość języka. Nikt nie chciał im pomóc, byli zdani sami na siebie i na niełaskę losu. To tak tytułem wstępu, smutnego przypomnienia.

Wprawdzie obecna wędrówka w poszukiwaniu pracy przybrała inne oblicze, ale nadal przyświeca jej ten sam cel: poszukiwanie lepszego życia. To już, na szczęście, nie jest podróż pod pokładem niemieckiego statku "Blucher", którym płynęli Wawrzon Toporek i jego córka Marysia - bohaterowie wspomnianej noweli, a wyjeżdżający z kraju w większości znają język angielski lub niemiecki. Jednak nadal wyjazd z rodzinnego kraju ma swoje złe strony, z których najtrudniejszą są rozstania z najbliższymi.

Niepokojąca statystyka...

Według danych GUS na koniec 2013 roku, poza granicami kraju przebywało niemal 2,1 miliona Polaków. Tyle komunikat.  Można by i trzeba zadać sobie pytanie: czy to prawdziwa liczba, czy może zaniżono liczbę emigrujących "za chlebem" - coraz częściej wymienia się liczbę 4 miliony. Polscy emigranci nie myślą o powrocie. Wprawdzie współczesna emigracja to z reguły nie jest wyjazd do Ameryki, jak w opowiadaniu, ale "tam, gdzie da się żyć" - jak w filmie w reżyserii Magdaleny Piejko pod takimże tytułem. Najwięcej osób wyjeżdża do Wielkiej Brytanii,Niemiec, Irlandii, Holandii, Włoch. Opłaca się też do Norwegii. 

Marcin jeździ już tam cztery lata...

"Pierwszy raz wyjechałem w styczniu 2011 roku. Pracowałem do kwietnia. Pięć tygodni odpoczywałem i z powrotem. Opłaca się. Mam umowę, opłacony ZUS" - zaczyna swoją opowieść. 

Pochodzi z małej wioski. W najbliższym mieście pracy jak na lekarstwo. Szukał więc roboty za granicą. "Pytałem znajomych, szukałem kontaktu. W końcu trafiłem. Kolega mi załatwił. Razem jeździmy" - mówi. To ich podróż "za chlebem" - bo jak inaczej nazwać taką podróż, kiedy to ani wycieczka, ani urlop, a jeddynie realna szansa zarobku. Pieniądze są potrzebne Marcinowi, jak wielu innym  młodym ludziom. Starsi mają przeważnie już emerytury czy renty. Marcin założył rodzinę. Ma żonę i dwoje dzieci. Jak większość młodych małżeństw są na tzw. dorobku. By zarobić na godziwą wypłatę, Marcin już cztery lata pokonuje razem z kolegami (cała obsada auta)  - 2,5 tysiąca km w jedną stronę. 

Wyboistą drogą wiejską, autostradą, promem i znowu autostradą...

Jadą najpierw kilkadziesiąt kilometrów do miasta, z którego mkną 200 kilometrów autostradą do Gdańska. "Stamtąd następne 500 km promem do Szwecji, a później już tylko 1800 kilometrów do Norwegii. Zajmuje nam to dobę" - uśmiecha się Marcin. Jego wyjazd to cały "ceremoniał": Trzeba się przygotować nie tylko psychicznie, aby móc potem pokonać rozłąkę, radzić sobie z tęsknotą za najbliższymi, za ojczyzną), ale też fizycznie, a także mieć kasę na drogę (paliwo, prowiant). 

Źródło: stat.gov.pl #emigracje