Olsztyn, 25 czerwca. "Cyrk? Ale bez zwierząt!" - z takim hasłem moja koleżanka, Kasia, ze swoimi znajomymi przyszła pod cyrk Medrano, który przyjechał ze słonecznej Italii po to, by zabawić ludzi. Ten cyrk jest jednym z największych w Europie. W jego załodze jest 40 artystów, 100 osób obsługi i 100 tresowanych zwierząt.

Kilka dni przed demonstracją utworzono akcję na facebooku: "Nie chcemy cyrku ze zwierzętami w Olsztynie". Udział zadeklarowało około 80 osób. Bronić zwierząt przybyło o wiele mniej. Szkoda. Ale może po tej wzmiance będzie nas więcej, tych świadomych?

Dużo osób, przechodząc obok protestujących, zadawało pytania i wyrażało poparcie. Znaleźli się również tacy, którzy zrezygnowali z przedstawienia. Ale nie brak było również tych, którzy "protestowali" przeciwko protestowi i prosili o alternatywę rozrywki w zamian za krytykę tej.

Trenowanie czy tresowanie?

Będę szczera: nigdy się nie zastanawiałam nad tym, jak działa cyrk. Będąc małą uwielbiałam, gdy rodzice zabierali mnie do cyrku. Raz do roku. Czekałam na ten czas z niecierpliwością. Cieszyłam się, gdy widziałam latające małpki przez palący się hula hop, malutkie psy skaczące z jednego drążka na drugi na wysokości 15 metrów i ogromne przepiękne tygrysy powtarzające ze szczegółową dokładnością każdy ruch tresera.

Tresowane zwierzęta, które przestały już być atrakcyjne dla cyrku, zostają sprzedane na mięso. Wiele z nich ma później choroby psychiczne, które przejawiają się w powtarzaniu bezsensownych ruchów. Niektóre zwierzęta podczas tresury mogą również zostać zakatowane. Przecież dobrze o tym wiemy, ale czasem nie zdajemy sobie z tego sprawy. Albo po prostu nie chcemy?

Cyrk jako trenowanie zwierząt - taką wersję można zaakceptować. Ale nie dręczenie czworonogów dla rozrywki, śmiechu i pieniędzy. Kto ma siłę temu się przeciwstawić? M.in. Słowenia, Holandia, Peru i Grecja są tego przykładem. W niektórych z nich zakaz ów dotyczy tylko dzikich zwierząt. W Polsce za te zakazy możemy podziękować tylko obecnemu prezydentowi Słupska Robertowi Biedroniowi.

Jaką płacimy cenę?

Jeżeli zdecydowałam się zająć się dziennikarstwem obywatelskim, to powinnam zająć się tematami mocnymi. Niewygodnymi. Takimi, o których nie wszyscy chcą słyszeć. Albo nie wiedzą o ich istnieniu. Otóż ten temat jest właśnie taki. Wszystko ma swoją cenę. Jaką cenę płacimy za oglądanie tresowanych zwierząt? 100 zł za godzinę śmiechu w cyrku? A może powinniśmy w pierwszej kolejności pośmiać się z siebie samych?

Tak na marginesie, czy m,y pracownicy wielkich cyrków, inaczej korporacji, nie jesteśmy również w tej samej sytuacji co te zwierzęta? W odróżnieniu od nich możemy powiedzieć, co nas boli.

Źródło: blondewitch.pl #polskie prawo