Na Śląsku na takie coś mówi się - albo raczej godo się - "krupniok". W innych miejscach Polski "kiszka" a najczęściej kaszanka. Zwał jak zwał, smak i tak podobny. Podobne to nieco do kiełbasy, tylko tańsze - bez mięsa, sama kasza i krew. Może właśnie krew, albo pomieszanie krwi z kaszą sprawiły, że na wiele sytuacji mówimy "ale kaszana!". W polskiej polityce zrobiło się podobnie. Nakaszanił niejaki #Paweł Kukiz. Facet znany był wcześniej z tego, że gra i śpiewa, a tu nagle zaczął mówić, głównie o odpowiedzialności polityków przed swoimi wyborcami. Można powiedzieć, że swoje wygrał już w pierwszej turze głosowania o krzesło - ups... przepraszam - o fotel prezydenta. Bo nagle wszyscy zainteresowali się JOW-ami, czyli jednomandatowymi okręgami wyborczymi.

Urządzenia do siedzenia dominują w kampanii prezydenckiej

Dosłownie dominują. W pierwszym jej etapie krzesło było symbolem jednej z wielu wpadek urzędującego prezydenta. Wszystko wskazuje, że drugi etap kampanii zdominuje stołek, choć jeden taki, przyniesiony właśnie przez Kukiza pojawił się już w debacie telewizyjnej, na którą urzędujący prezydent nie przybył. Dopiero po ogłoszeniu prognozowanych wyników pierwszej tury ujawniła się prawdziwa walka o stołki. I nawet nie o fotel w prezydenckim gabinecie, bardziej o te nieco niższe, ale wystarczająco wygodne ze względu na płynące z tego zasiadania apanaże. Obaj pozostali na wyborczym ringu kandydaci zadeklarowali nagle, że pochylą się nad propozycją wprowadzenia do konstytucji jednomandatowych okręgów wyborczych. Jeden z nich powiedział uczciwie, że jeśli JOW-y mają aż takie poparcie społeczne, to należy się nad takim pomysłem zastanowić. Drugi stwierdził, że zawsze był ich zwolennikiem. Nic to, że przez osiem lat jakoś tak... nie wyszło. 
W mediach tymczasem głos zabrali tak zwani "eksperci", próbujący udowodnić, jak bardzo zły jest ten pomysł. Małe partie nie będą miały żadnych szans - mówią - świat odchodzi od JOW-ów, tak naprawdę istnieją one tylko w Wielkiej Brytanii, Francji, USA, Australii i Nowej Zelandii. Ciekawe, że są to właśnie te kraje, w których Polacy najchętniej by zamieszkali. Ciekawe też, że właśnie w tych krajach obywatele (czytaj: wyborcy) czują się rzeczywiście podmiotami, a politycy muszą się bardzo starać, aby im nie podpaść. Zwłaszcza, jeśli chcą zachować swój poselski stołek.

Ślubują być służbą, a nie władzą

"Uroczyście ślubuję rzetelnie i sumiennie wykonywać obowiązki wobec Narodu, strzec suwerenności i interesów Państwa, czynić wszystko dla pomyślności Ojczyzny i dobra obywateli, przestrzegać Konstytucji i innych praw Rzeczypospolitej Polskiej" - tak brzmi poselskie ślubowanie. JOW-y pomogłyby zweryfikować czy ślubowanie to było przestrzegane i w tym tkwi ich główne niebezpieczeństwo dla partii politycznych. Mogłoby się, bowiem okazać, że Polacy nie poprą w kolejnych wyborach różnych liderów wyższego, czy niższego stopnia. Mogliby "nakaszanić" nie tylko w ławach sejmowych, ale nawet w strukturach partyjnych. Nagle okazałoby się jak niewiele znaczą różni partyjni "baronowie" i "hrabiowie". Mogłoby się też okazać, że trzeba w takim sejmie i rządzie zabrać się do roboty, a nie tylko łazić po knajpach i przy suto zastawionym stole opłaconym służbową kartą kredytową wyżalać się nad własnym państwem słowami zaczynającymi się na "ch..." i "d...", a kończącymi podsumowaniem typu "kamieni kupa". Może też okazałoby się, że dla poprawnego funkcjonowania państwa nie trzeba wcale sprzedawać komuś zza granicy kolejnego kawałka ziemi zabudowanego fabryką lub porośniętego lasem, a budowa autostrady na równinie nie musi być wcale droższa niż budowa podobnej, przebijanej tunelami przez Alpy. Bo ktoś, kto deklaruje zmniejszenie podatków i administracji, a potem popiera rząd zwiększający i jedno, i drugie nie miałby szansy na ponowny wybór. Miałby natomiast pewność, że zostanie rozliczony - przez swoich wyborców, rękami ich nowego reprezentanta, swojego następcy.

Ważna jest nie sama kara, ale jej nieuchronność

Tak twierdzą wszyscy specjaliści od prawa karnego. Dla polityka największą karą jest publiczny niebyt. Zwłaszcza dla polityka w Polsce. Po latach zaborów oraz późniejszej okupacji nazistowskiej i komunistycznej nie udało się nam jeszcze odtworzyć wystarczająco silnej elity społecznej, która chciałaby zarządzać państwem dla dobra wspólnego, a nie tylko dla własnego. Zapewne jest w polskiej polityce wielu ludzi przyzwoitych i uczciwych, ale dopóki nie będzie to zdecydowana większość, dopóty potrzebny będzie publiczny pręgierz. Na przykład pod postacią jednomandatowych okręgów wyborczych - nawet, jeśli na świecie się od takiego sposobu realizowania demokracji odchodzi. Bo inaczej zostanie nam wyłącznie kaszanka, krupniok i kiszka. #Bronisław Komorowski #wybory 2015