Zjawisko rosnącego ruchu rowerowego jest czymś normalnym. Najlepiej można je zaobserwować w metropoliach gdzie jak grzyby po deszczu wyrastają wypożyczalnie rowerowe, które mają stacje porozmieszczane w różnych częściach miast. W sumie fajnie, jak ktoś nie dysponuje własnym jednośladem, to za niewielkie pieniądze może urządzić sobie przejażdżkę. Są ludzie, którzy jeżdżą rekreacyjnie. Dla przyjemności wsiadają na swój bicykl i z reguły kierują się poza miasto, żeby oddać się aktywnemu wypoczynkowi na łonie natury. Inni szusują po ulicach miast, ponieważ rower jest dla nich zwykłym środkiem komunikacji. I właśnie tych ludzi, których na co dzień spotykam na ulicach dzielę na dwie kategorie: rowerzystów i pedalarzy. Ci pierwsi nie stanowią dla mnie problemu. Są to ludzie, którzy mają łeb na karku. Nie straszna jest im znajomość przepisów ruchu drogowego i umiejętność ich wykorzystywania. Dodatkowo posiadają pewną dozę wyobraźni. Zdają sobie sprawę z tego, że przepisy nie są idealne, ale jakoś trzeba współżyć z resztą społeczeństwa. Nie próbują na siłę wyegzekwowawszy swojego "bo ja mogę!". Jeśli przejazd dla rowerów jest bardzo słabo widoczny, to zatrzymają się i rozglądną czy nic nie jedzie. Wiedzą, że mogą sobie w buty wsadzić swoje pierwszeństwo jeśli skończą w najlepszym wypadku z połamanymi nogami, a w najgorszym w czarnym worku. Ilekroć widzę takiego rowerzystę na drodze na moich ustach pojawia się uśmiech. Są żywym dowodem na to, że się da. Potrzeba jedynie odrobinę wyobraźni i zrozumienia u obu stron.

No, ale... Jak każda grupa oni również mają swoje czarne owce, nazywane przeze mnie pedalarzami. Są to ludzie z pewnym stopniem niepełnosprawności umysłowej. Zaburzenia są widoczne do tego stopnia, że jestem zwolennikiem zaostrzania przepisów względem wszystkich rowerzystów. Taki pedalarz wychodzi z założenia, że skoro ma pierwszeństwo, to ma pierwszeństwo. Gotów jest wyłożyć się na masce samochodu, byleby tylko to udowodnić. Nie interesuje go to, że przejazd jest w takim miejscu, że wyskakuje z za krzaków wprost pod samochód. On ma pierwszeństwo i już! Tak, to prawda ma pierwszeństwo, ale co z tego, skoro są to często takie przejazdy, gdzie kierowca jadący 10 km na godzinę nie jest w stanie dostatecznie szybko zauważyć delikwenta. Poważnie zastanawiam się również nad upośledzeniem umysłowym osób, które nagminnie jeżdżą pod prąd. Czy wydaje im się, że skoro zajmują mało miejsca, to mogą? To się jakoś prześlizgną? A może faktycznie jest z nimi coś nie tak i po prostu nie znają znaków drogowych? Nie wiedzą gdzie wjeżdżać można, a gdzie nie? Jeśli tak jest, to powinniśmy się pochylić nad tym problemem.

Apeluję do kierowców. Jeśli widzicie osobę z upośledzeniem umysłowym, nie denerwujcie się, nie krzyczcie. Może to wywołać u niej niepotrzebny stres. Takiego człowieka powinno się zatrzymać, pokazać mu znak zakazu wjazdu, powiedzieć, co on oznacza. Wytłumaczyć czym może grozić jazda pod prąd. Może biedak nie zdaje sobie sprawy, że zderzenie czołowe, nawet z samochodem osobowym, jest potencjalnie śmiertelne?

Schody zaczynają się kiedy trafi nam się niepełnosprawny umysłowo, który do tego jest agresywny. Nie raz oberwało mi się od takiego osobnika. Przykład: jadę przez skrzyżowanie, na wprost. Mam zielone światło i nagle na przejście dla pieszych wjeżdża pedalarz. Nie mam gdzie odbić, hamuję z piskiem, dłonią wskazuję na sygnalizator. Ciśnienie mi podskakuje, bo prawie udało mi się skosić człowieka. A pedalarz patrzy na mnie jak na czubka, kopie mi w zderzak i odjeżdża majestatycznie w stronę zachodzącego słońca.

Są też upośledzeni i strachliwi zarazem. Jakiś czas temu po sieci krążył filmik, gdzie pedałujący osobnik złamał lusterko. Przerażony spojrzał w stronę kierowcy i, jak tylko zorientował się co zrobił, uciekł. Dogonić go nie było szans, ponieważ poszkodowany stał w korku. Przykre jest też to, że są cały czas budowane ścieżki rowerowe, a część pedalarzy nawet z nich nie korzysta. Potrafią jechać wzdłuż ścieżki rowerowej, a na zwrócenie uwagi reagują oburzeniem. Przecież im wolno po jezdni zasuwać. Cóż, wiedzą że dzwoni, ale nie wiedzą, w którym kościele. Czyli jest nadzieja.

Przykładów dowodzących niepełnosprawność umysłową pedalarzy jest znacznie więcej. Ludzie ci niestety krzyczą tylko o swoich prawach, zapominając, że mają obowiązki. Chcą, by w Polsce było jak w Amsterdamie. Zapominają przy tym, że w Amsterdamie są przecież rowerzyści, a nie pedalarze. Dopóki kultura jazdy się nie zmieni, nie ma co oczekiwać przełomu. Zdaję sobie sprawę z tego, że również wśród kierowców znajdą się osoby upośledzone i mające problemy z ogarnianiem drogowej rzeczywistości. Tak, zdarzyło mi się być świadkiem kiedy kierowca był złośliwy wobec rowerzysty bez wyraźnego powodu. Jednak tekst poświęcam niepełnosprawnym rowerzystom. Nad problemem opóźnionych kierowców pochylę się następnym razem.

Teraz zastanówmy się, jak można im pomóc? Po pierwsze obowiązkowe OC i NNW. Koszt niewielki. Około 100 zł rocznie. A ile mniej stresu będzie miał taki człowiek, jeśli przypadkiem coś uszkodzi? Tego nie da się przełożyć na pieniądze. Kolejna rzecz, edukowanie. Pedalarze nie znają przepisów, a są one przecież obowiązkowe. Powinno się ich surowo karać. Ale jak to zrobić skoro on zaraz odjedzie w siną dal? Do końca lat 60. XX wieku obowiązkowe były tablice rejestracyjne na rowerach. Może należałoby do tego wrócić? Chociaż w dobie tak powszechnych wypożyczalni może się to nie sprawdzić. Lepiej by było przypisać rejestrację do rowerzysty, którzy z dumą miałby ją wypisaną na kamizelce odblaskowej, w której miałby obowiązek jeździć. Problem z namierzeniem pedalarza, który coś przeskrobał byłby mniejszy. Zarówno kierowca samochodu jak i motocyklista, który coś zmaluje jest możliwy do namierzenia.

Rowerzysta jest pełnoprawnym użytkownikiem dróg. Dlatego powinien korzystać z pełni praw i obowiązków. Nie ma miejsca na uprzywilejowanie, które w tym wypadku jest ewidentnie szkodliwe. #Ekologia #społeczeństwo #polskie prawo