Kto wygrał? Trudno powiedzieć. Na pierwszy rzut oka był to urzędujący prezydent Komorowski, który potrafił lepiej medialnie przedstawić swoje piękne wizje przyszłości i - na przekór własnym hasłom wyborczym - "zgoda" - nieustannie atakował nie tylko kontrkandydata, ale też miliony Polaków, często myślących podobnie jak #Andrzej Duda. Prezydent - podobnie jak w poprzednich swoich kampaniach wyborczych, zarówno tych poselskich jak i prezydenckiej - obiecywał wiele, zapominając jakby, że jego wcześniejsze obietnice zginęły gdzieś pomiędzy lenistwem i służebnością wobec partii, z której wyszedł. Komorowski wydaje się nie zauważać, że podpisywał wszystko, co rządząca koalicja wymyśliła i jednocześnie wielokrotnie odrzucał głosy milionów Polaków, potrafił natomiast świetnie ośmieszać Polskę i Polaków. Choćby niedawno - wchodzeniem na krzesła i słynnym "chodź Szogunie". O takich wpadkach jak "bul" nie wspominając. Piarowski mechanizm funkcjonowania Platformy Obywatelskiej i popieranego przez nią kandydata wreszcie jednak zadziałał. Bo w debacie dążący do reelekcji prezydent był wizerunkowo lepszy. Stojący po drugiej stronie Andrzej Duda jakby zapomniał, że nie musi już dłużej przekonywać swojego "twardego" elektoratu, ale powinien zabiegać o głosy tych, którzy chcą w Polsce zmian. Tych wszystkich określanych przez Bronisława Komorowskiego mianem radykalistów, a głosujących wcześniej na Pawła Kukiza i Janusza Korwin-Mikkego. Ci - jeszcze nieprzekonani - nie potrzebowali bowiem wzywania do patriotyzmu i polskich korzeni. Oni to i tak wiedzą i czują. Bardziej należałoby im pokazać, że zmiany są możliwe.

Kłamstwa a rzeczywistość

W debatowych wypowiedziach Andrzeja Dudy brakowało zdecydowania. #Bronisław Komorowski kilkakrotnie podłożył się, przedstawiając argumenty kompletnie niezgodne z prowadzoną polityką narodowej zgody. I nie usłyszał odpowiedzi, na którą czekały miliony Polaków. Dwa przykłady. Pierwszy to Smoleńsk i katastrofa prezydenckiego samolotu. Bronisław Komorowski użył tego, by pokazać, jak bardzo Andrzej Duda związany jest ze środowiskiem negującym oficjalne ustalenia przyczyn wypadku. Padło przy tym oczywiście nazwisko-straszak: Antoni Macierewicz. A Andrzej Duda nie odpowiedział tak, jak należałoby się spodziewać, nie zapytał, jak to się stało, że przez ponad pięć lat prezydentury, nie udało się Bronisławowi Komorowskiemu doprowadzić do zwrotu wraku Tupolewa. W końcu miał możliwości, a takie działanie i w konsekwencji jednoznaczne wyjaśnienie przyczyn katastrofy pozwoliłoby pewnie doprowadzić w Polsce do zgody, którą urzędujący prezydent wypisuje na swoich sztandarach.
Innym, podobnie dzielącym polskie społeczeństwo i na pewno nie prowadzącym do zgody tematem pytań Komorowskiego, była sprawa in-vitro. Ze strony Andrzeja Dudy wyborcy niestety też nie doczekali się właściwej odpowiedzi. Były jedynie enigmatyczne określenia, zrozumiałe wyłącznie dla ludzi zaznajomionych z problemem. A temat istnieje i dzieli Polaków. Zawsze był bowiem źle przedstawiany i jakoś nikt nie chce stwierdzić wprost, że sprowadza się wyłącznie do pieniędzy. Bo przecież dla osób uznających, że życie zaczyna się od momentu poczęcia, problemem nie jest sama metoda leczenia bezpłodności, lecz jednoczesne tworzenie wielu zarodków, wybór najlepszego, a następnie zamrażanie i później uśmiercanie pozostałych. Pozaustrojowe zapłodnienie jednej komórki jajowej jest droższe i nie pozwala na wstępną selekcję, dając możliwość wyboru naturze. Takich argumentów - racjonalnych i nie do obrony - nie było jednak w wypowiedziach Andrzeja Dudy. Widzowie usłyszeli natomiast odwoływanie się do nauki Ojca Świętego. Argument niewątpliwie działający, ale wyłącznie na wyborców, którzy i tak już są przekonani.

Mobilizacja i zniechęcenie

Po pierwszej debacie prezydenckiej, słowo "mobilizacja" dotyczy głównie wyborców Platformy Obywatelskiej. Znowu uwierzyli w wygraną, podobnie, jak wielokrotnie wcześniej wierzyli w obietnice, które zazwyczaj okazywały się bez pokrycia. Elektorat Prawa i Sprawiedliwości pozostanie i tak wierny swojemu kandydatowi. Pytanie, jak zachowają się pozostali. Bronisław Komorowski wyciągnął rękę do lewicowych, a nawet skrajnie lewicowych wyborców i ci zapewne na niego zagłosują. Jak zachowają się wyborcy oczekujący wreszcie radykalnych zmian w polskiej polityce - jeszcze nie wiadomo. Być może uwierzą obecnemu prezydentowi i wtedy ma pewną wygraną, chociaż trudno uwierzyć, by zwolennicy Pawła Kukiza i Janusza Korwin-Mikkego dali się po raz kolejny nabrać na piękne i często puste słowa. Być może zostaną w domach, a wtedy nie będzie zmiany na stanowisku prezydenta RP. Chyba, że w drugiej debacie Andrzej Duda pokaże, że nie jest grzecznym, spolegliwym chłopczykiem, lecz osobą silną i otwartą. Otwartą zwłaszcza na poglądy polityczne i gospodarcze określane przez obecną władzę jako "radykalne". #wybory prezydenckie