Faworytem przed walką był obrońca mistrzowskiego pasa. Bukmacherzy dawali mu ponad 60% szans na wygraną, co oznacza, że byli gotowi zapłacić kilka złotych za każdą postawioną przeciwko złotówkę. Ci, którzy zainwestowali wtedy, mogą się cieszyć. Teraz nie dostaliby już takiego przebicia. Wystarczyło kilka prawych prostych, by Mistrz poczuł się zagrożony. Bukmacherzy też.

Nie wystarczy pewność siebie, trzeba trenować

Faworyt czuł się silny. Czuł swoją siłę tak bardzo, że... zaniedbał trening. Przeciwnicy ćwiczyli uderzenia w bezpośrednich starciach w całym kraju, a on pozwolił sobie wtedy na ekskluzywne wakacje. Wyjechał daleko na wschód, tak daleko, że dalej nie można, by nie stało się to zachodem. Pojechał tam, by pozwiedzać ichniejsze stadiony i zdziwił się, że stołki przy ringu mają niskie do tego stopnia, że nawet bez gimnastycznego treningu potrafił się na nie wspiąć. Gdy już wylazł na najważniejszy stołek zachwyciło go to tak, że entuzjastycznie zawołał "chodź Szogunie!" Towarzyszące mistrzowi telewizje zapewniały w swoich relacjach, że było to wezwanie skierowane do jednego z przyjaciół, nie zauważając, że Mistrz wzywał w ten sposób inne moce. Takie, które pozwolą mu zakończyć zbliżającą się walkę szybkim i skutecznym nokautem. Bez wylewania potu podczas męczących ćwiczeń i bez narażania się na smród jakichś pospolitych sparing partnerów. 
Gdy wrócił, trenerzy przekonali go, że jednak powinien poćwiczyć. Pomimo zmęczenia podróżą i wszechogarniającego lenistwa Mistrz rozpoczął treningi. Wynajął nawet w tym celu autobus, bezpretensjonalnie nazywając go swoim imieniem. Gdzie się nie zatrzymał, tam boksował - najczęściej w powietrze, wymachując pięściami i dumnie odgrażając się gwiżdżącym. Czuł, jak nabiera energii.

Siła kibiców

W boksie ważne jest często jedno uderzenie. Mistrz, wiedząc to i czując opiekę trenerów był pewien, że tak właśnie zakończy pojedynek - w pierwszym starciu i do tego przez nokaut. Sprzyjało mu wszystko. Dziennikarze - nie tylko ci sportowi - klepali go po plecach i mówili: wygrasz! Cały sztab, zwany inaczej zapleczem robił, co mógł - masaże, środki pobudzające (oczywiście wcześniej sprawdzając, by nie okazały się niedozwolonymi), trenerskie sugestie. Wszystko szło dobrze, gdy nagle pojawił się ktoś, kto rozwalił cały, od dawna ustalony terminarz przygotowań. Ktoś, z kim być może trzeba by się spotkać się w końcowej rundzie, walczący inaczej, bardziej amatorsko, ale równie niebezpieczny. 
Trenerzy na wszelki wypadek rozszerzyli program przygotowań. Mistrz ćwiczył coraz zajadlej, uodporniając się nawet na negatywy doping kibiców swoich rywali. Przemierzał wszystkie areny w całej Polsce, a gdy okrzyki i gwizdy sympatyków jego przeciwników zaczęły mu negatywnie wpływać na morale, trenerzy podjęli szybka decyzję i otoczyli samymi wielbicielami. Podniesiony w ten sposób na duchu Mistrz przystąpił do pierwszej rundy.

Coraz mniej sympatyków

Walka była zacięta. Sędziowie - choć w większości przychylni dotychczasowemu Mistrzowi - musieli jednak oznajmić jego przegraną na punkty. Nikt się tego nie spodziewał, wszyscy liczyli przecież na nokaut już w pierwszej rundzie. Teraz okazało się, że wszystko jest jeszcze możliwe. Co prawda zajadli kibice Mistrza nadal wrzeszczą "wygramy", ale jest ich jakby coraz mniej. Nawet w zespole trenerskim znalazły się osoby, które zrezygnowały z dalszej współpracy, obawiając się, że nie doprowadzi ona do zwycięstwa.

Być, albo nie być, oto jest pytanie

A pytanie to dotyczy zwłaszcza najstarszej stażem ekipy trenerskiej obecnego Mistrza. Wiedzą oni, że przegrana oznacza wycofanie się sponsorów i tym samym znaczny spadek lub całkowity zanik ich dotychczasowych zarobków. Mało tego, wszystkie media: telewizje, radia i gazety przestaną natychmiast hołubić nie tylko samego sportowca, lecz także ich. To byłoby straszne, dla kogoś, kto przyzwyczaił się przez lata do cieplarnianej atmosfery wygrzanego reflektorami telewizyjnego studia, w którym tak pięknie rozkwita jego ego. Trenerzy postanowili, więc zrobić wszystko by Mistrz jednak wygrał. Wszelkimi metodami. 

Czy wygra? Pewnie tak. Albo osobiście, albo swoim hasłem. Bo paradoksalnie tylko wtedy, gdy Mistrz przegra może spełnić się jego przedmeczowe hasło: zgoda i bezpieczeństwo.

Zobacz>>>> Dlaczego Komorowski przegra te wybory?  #Bronisław Komorowski #wybory prezydenckie #sporty walki