Już w maju 2001 roku autor błysnął pomysłem i podjął ostateczną decyzję o wyjeździe do lepszej pracy za granicą. Wybór padł na Irlandię,  która właśnie rozkwitała po kryzysowych latach zastoju. Do FSO trafili ludzie werbujący doświadczonych specjalistów do pracy w nowych zakładach na terenie raczej rolniczej, czy może pasterskiej, wiecznie zielonej wyspy. Międzynarodowe kierownictwo koncernów motoryzacyjnych, których zakłady rozlokowano także na terenie Irlandii wyczuło swój interes, że można zatrudnić doświadczonych i tańszych pracowników z Polski. Atutem Polaków była także duża mobilność i gotowość do pracy w każdych warunkach i we wszystkie dni tygodnia, czego nie mogli swobodnie znaleźć wśród rdzennych mieszkańców. Zakład odlewni aluminium o ruchu ciągłym potrzebował dyspozycyjnych, odpowiedzialnych ludzi do pracy także w nocy i święta. Od początku rekrutacji do wyjazdu minęło kilka tygodni. W grupie wybranych specjalistów z Polski ruszyliśmy rejsowym autokarem z przesiadką w Londynie. Z dużymi nadziejami ale i jednocześnie niepewnością, jak będzie wyglądała #praca. Nie wszyscy bowiem mieli pewność uzyskania zatrudnienia. Część jechała całkowicie w ciemno, bez żadnych konkretnych planów i gwarancji zatrudnienia (tacy ryzykanci, i to jeszcze bez znajomości języka angielskiego, mogli później trafić na bruk w obcym kraju).

W czasie wielogodzinnej podróży wymienialiśmy się naszymi doświadczeniami. Większa część grupy pochodziła z Lublina i z fabryki produkującej części do Skody. W tamtym czasie porównanie stawek płacy pracowników FSO z Warszawy i z Czech wychodziło na niekorzyść tych drugich - i to aż trzykrotnie mniej. Ale już w Irlandii, na wyspie, gdzie płacono tygodniówki - przebitka zarobków robiła się wielokrotnie wyższa. Autorowi, któremu koledzy nadali pseudonim Błysk, wychodziło miesięcznie prawie 5 razy więcej kasy, niż w kraju. Inni liczyli jeszcze większe przebitki. Ale najbardziej zadowolony był pewien Rumun, który obliczył, że zarabia aż 30 razy więcej. Wracając do tematu, skąd wziął się tytułowy nick autora, czyli Błysk: może wynikało to trochę z naszej wewnętrznej rywalizacji między Polakami - coś na podobieństwo słynnego Pstrowskiego - kto da więcej. A może to były te błyski, czy przebłyski innowacyjności w pracy, aby ją sobie ułatwiać - wyuczone przez lata praktyki jeszcze w kraju. Być może wynikało to również z tego, że duża część naszych pracowników miała zbyt wysokie kwalifikacje w stosunku do wymagań zakładu pracy i urozmaicała sobie zadania z dużą pomysłowością. To my tworzyliśmy wtedy nowe normy, bo zakład akurat inwestował w uzyskanie certyfikatu ISO, poświadczającego uzyskanie wysokiej powtarzalności i jakości produkcji. Na dłuższą metę taka konkurencja staje się bardzo męcząca. Irlandczycy naturalnie podchodzili do pracy raczej na luzie - zdrowo, bo tak  powinno być w pracy. Błysk trwał w tamtym zakładzie, z różnych powodów, tylko pół roku. Zwyciężyła rodzina. Wrócił do kraju uczyć się błyskania dalej, aby w przyszłości stać się dobrym Blasterem na polskim gruncie.

Po raz kolejny autor ruszył czerwonym Polonezem do Irlandii już pierwszego maja 2004 roku - po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Wtedy to następne grupy młodych ludzi ruszyły ponownie na nowo otwarte rynki. Niepotrzebne już były specjalne pozwolenie na pracę. Ale to już temat następnej historii.

Zobacz >>> Kraje UE nie mają obowiązku przyjąć milionów uchodźców

Zobacz >>> Miliony młodych Polaków wyjadą na Zachód
#Unia Europejska