Tygodnik "Do Rzeczy" w połowie maja opublikował kolejne stenogramy taśm z podsłuchanych w drogiej restauracji rozmów polityków. Przy suto zastawionym za nasze pieniądze stole Elżbieta Bieńkowska, nieświadoma podsłuchu, szczerze wyznała co myśli o osobach zarabiających 6 tysięcy złotych miesięcznie. Jej zdaniem, aby zgodzić się na tak poniżające warunki płacowe, trzeba być debilem albo złodziejem.

Ile właściwie zarabiamy?

Po ogłoszeniu kwartalnie liczonego przeciętnego lub średniego wynagrodzenia polskich pracowników, wiele osób nie może wyjść ze zdziwienia. Oni nigdy nie otrzymali takiej wypłaty, więc skąd ta średnia? Pewnie ktoś drugi zarabia dwu lub trzykrotnie więcej? Przysłowiowy pies jest pogrzebany właśnie w sposobie wyliczania owych nieprzystających do rzeczywistości kwot. Średnie i przeciętne wynagrodzenie oblicza się bowiem, biorąc pod uwagę wyłącznie zarobki osób pracujących na umowę o pracę i wyłącznie w zakładach pracy, zatrudniających dziesięciu lub więcej pracowników. Firmy te zazwyczaj są w lepszej kondycji ekonomicznej niż jedno czy dwuosobowe przedsiębiorstwa i mogą sobie pozwolić na wypłacenie pracownikowi przynajmniej trochę wyższej (od najniższej) pensji.

Zastosowany tu wybieg jest dobrze przemyślany. Osoby przebywające na urlopie wychowawczym i sprawujące osobistą opiekę nad dzieckiem (wymienione w art.6a ust.1 p.1-4 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych) - opłacają składki na ubezpieczenia społeczne od kwoty odpowiadającej 60% przeciętnego wynagrodzenia. Podobnie - osoby prowadzące pozarolniczą działalność gospodarczą - są zobowiązane do obliczania wysokości należnych składek od kwoty nie mniejszej niż 60% przeciętnego wynagrodzenia (30% w pierwszych dwóch latach). Przeciętne wynagrodzenie stanowi też punkt wyjściowy do obliczania kwot bazowych dla wynagrodzeń niektórych ważnych osób i świadczeń na rzecz państwa. Dlatego właśnie państwu polskiemu zależy na jak najwyższym wskaźniku przeciętnego wynagrodzenia i dlatego kwoty te nie są obliczane z uwzględnieniem wynagrodzeń wszystkich pracujących Polaków.

Chcę być debilem od zaraz

Elżbieta Bieńkowska powiedziała, co myśli o ludziach otrzymujących 6 tysięcy miesięcznie. Skoro otrzymujących (miała najwyraźniej na myśli kwotę netto) to znaczy, że zarobek brutto wynosi w tym przypadku około 8500 zł. W pierwszym odruchu Polacy się oburzyli - bo ilu z nas tyle zarabia? A skoro zarabiamy tylko część wymienionej kwoty - to kim jesteśmy, że nawet na miano debila nie zasługujemy? Teraz emocje już nieco opadły i zaczęliśmy wykorzystywać słowa Bieńkowskiej do wojny podjazdowej z pracodawcami. Żądanie podwyżki jeszcze nigdy nie było takie przyjemne. Poza tym dotąd podwyżki nie żądaliśmy. Grzecznie i z pewną dozą nieśmiałości prosiliśmy jaśnie pana pracodawcę, aby w swej łaskawości zechciał dołożyć nam do pensji choć 50 zł. Najnowsza moda w tym temacie to pewne wejście (a nawet wtargnięcie) do gabinetu dyrektora i wyraźnie wypowiedziane żądanie "Dyrektorze, natychmiast zrób ze mnie debila, od teraz płać mi 6 tysiaków na rękę!". Mina dyrektora - bezcenna. #afera taśmowa

Źródło: Do Rzeczy