Pierwsza tura kampanii wyborczej była długa, nudna i niemrawa. Co rusz ktoś natrząsał się z Pawła Kukiza albo poniżał innych kandydatów mówiąc, że ich brak doświadczenia nie pozwoli na dokonanie wstrząsu wśród obecnie jaśnie nam rządzących. Okazało się, że późniejszy zimny prysznic był naprawdę zimny, bo jeden z dwu pozostałych w grze kandydatów zwyczajnie stracił cierpliwość.

Ciemny lud tego nie kupił

Przed pierwszą turą wyborów #Bronisław Komorowski jako kandydat w zasadzie nie istniał. Pełno go było w mediach, ale występował w roli obecnie urzędującego prezydenta, niejako przy okazji komentując niezdarne wysiłki kontrkandydatów. Kandydat Komorowski drukował wielkimi literami, że w cuglach wygra te wybory. Można było odnieść wrażenie, że powtórna kadencja po prostu mu się należy. W programie I Polskiego Radia mówił "Moi konkurenci starają się odzyskać poparcie tzw. elektoratu partii politycznych, z których się wywodzą. Na razie odzyskali dopiero około połowy, bo druga połowa wyborców PiS-u, PSL-u czy lewicy w dalszym ciągu obdarza mnie zaufaniem". O pozostałych kandydatach - "Jest taka kategoria ludzi w polityce, którzy się po prostu spóźnili na rewolucję - z różnych powodów, na przykład życiorysowych, bo się za późno urodzili - i mają jakieś kompleksy". Twierdził też, że nie może błąkać się po kraju, bo musi nadal być prezydentem. Na debatę telewizyjną, z wielkim bólem urządzoną dla wszystkich kandydatów, Komorowski nie przyszedł - bo uznał, że wszyscy strzelaliby "do bramki prezydenta przez godzinę, mając (…) pewnie pięć minut każdy". Prawdę powiedziawszy, zaleciało narcyzmem. Debata miała pomóc niezdecydowanym widzom dokonać wyboru i wątpliwe, czy kandydaci traciliby cenne sekundy na strzelanie do jednej bramki.

Tupanie nóżkami

To, co się stało po ogłoszeniu wyników, można by porównać do zachowania dziecka, które nie dostało upragnionego lizaka. Stoi, dąsa się, naburmusza i tupie nóżką w złości oraz wygraża rodzicom. Nie mam lizaczka, mówicie? No to się przekonacie, na co mnie stać. Ale powiem dopiero jutro. A kiedy wczorajsze jutro było już dniem dzisiejszym, prezydent-kandydat ogłosił, że oto postanowił spełnić żądania ludu. Żeby następne kilka lat mógł sobie po prostu być prezydentem i żeby mu już nad uchem nie biadolić, że niczego ludowi nie załatwił. Prezydent postanowił też skończyć z dokuczliwymi opiniami, jakoby stronił od mas, po czym wyszedł na miasto. Męczył się przy tym okrutnie, bo co rusz ktoś się o coś czepiał. A to czyjejś siostrze nie chce się wziąć kredytu i zmienić pracy, a to niepełnosprawni żałują studentom, a to jakiś szaleniec dopytuje o start dla młodych zamiast wyjechać i popracować za granicą. Komorowski otoczony wianuszkiem ochroniarzy i aktywistów, nie dawał sobie rady w stresującej sytuacji spotkania oko w oko z ludem. Przyklejona do jego pleców specjalistka od manipulacji, z trudem przekonywała go do jakże odrażających czynności w postaci obejmowania ludu czy zapraszania tegoż do pałacu.

W kostiumie zagubionego misiaczka siedzi wściekły lew

Wymuszone i nieszczere spotkania z obywatelami musiały wzbudzić w Komorowskim wściekłego lwa, o czym w czwartym dniu drugiej tury kampanii radośnie ćwierkały wszystkie media. Odkryto skandaliczny spisek. Pytania od obywateli to były zwykłe ustawki w celu wiadomym - czyli dla pognębienia umęczonego kandydata. Pytaczy nasłał drugi kandydat. Pewne służby pogrzebały, poszperały tu i ówdzie, prześwietliły to i owo i rzuciły danymi osobowymi oraz życiorysami.

Moje zdanie na ten temat

Jest mi to całkowicie obojętne, z jakiej partii, ugrupowania czy organizacji albo nawet bandy wywodzą się osoby, na które natknął się Bronisław Komorowski podczas wymuszonych spacerów. Wszyscy oni są obywatelami tego kraju i wszyscy oni mają równe prawo do zadania pytania kandydatowi. Kandydat ma obowiązek potraktować każdego obywatela poważnie i odpowiedzieć na jego pytania, zainteresować się jego losem, zastanowić się nad sytuacją różnych warstw społecznych. Kto brzydzi się ludzi, okazuje im pogardę, wścieka się i nie szkoda mu czasu na inwigilację "poddanych", a jednocześnie nie szanuje przeciwnika w grze o tron, ten przenigdy nie powinien zasiadać na prezydenckim stolcu. Za króla Ćwieczka ciemny lud nie miał nic do gadania, a stanowisko króla należało się z racji urodzenia. Teraz nieco inne mamy czasy. Ciemny lud samodzielnie wybiera swojego naczelnego szefa, a ów wybrany pracuje dla ludu i za pieniądze tegoż ludu. Lud równie dobrze jak dał, może powiedzieć - nie dam.

Źródła: PR1, Gazeta Wyborcza, wPolityce.pl, niezależna.pl #wybory prezydenckie