Dzieło Konstytucji 3 Maja, które mogło sprawić, by nie nastąpiła czarna noc rozbiorów, która ogarnęła cztery pokolenia, zostało przekreślone przez garstkę zdrajców i rosyjskie bagnety. Taka jest okropna prawda dziejowa. Tę prawdę podkreślają niemal wszystkie obozy polityczne naszego kraju. Tylko, że każdy medal ma dwie strony. Zaś druga strona tej prawdy jest jeszcze bardziej bolesna. Nasi polsko-litewscy przodkowie nie umieli ani utworzyć takiej siły zbrojnej, aby zmusić wroga swego wiekopomnego dzieła do pogodzenia się z nim, ani go przechytrzyć.

Odmowa uznania faktów i wykorzystania ich na własną korzyść

Naród, który wybrał sobie przedstawicieli, aby ratowali jego państwo, nadając mu wreszcie nowoczesną i skuteczną formę rządów, był narodem szlachecko-mieszczańskim. Etnicznie składał się z Polaków, spolszczonych wschodnich Bałtów, Rusinów i spolonizowanych Niemców, głównie pochodzenia saskiego. Niestety wzięło w nim górę marzycielstwo oderwanej od twardych wymagań skutecznej pracy zarobkowej średniej szlachty. Szlachty patriotycznej, której patriotyzm, wskutek braku poważnych trosk materialnych, zamienił się w nie liczący się z realiami hurrapatriotyzm.

Państwo polsko-litewskie, doprowadzone do stanu bezradności i braku znaczenia w Europie przez samowolę magnatów i warcholstwo szlachty w kilku poprzednich pokoleniach, wymagało właśnie takiej reformy, jaką uchwalili hurrapatrioci. Ich błąd polegał na zupełnym braku sprytu oraz cierpliwości. Nie chcieli uznać twardej prawdy swoich czasów. Tej mianowicie, że od trzech pokoleń Rzeczpospolita istniała już tylko z łaski Cesarstwa Rosyjskiego, jako rosyjski protektorat. Skutecznego przekształcenia tego protektoratu w w miarę silne państwo można było dokonać tylko w jeden sposób. Przekonawszy uprzednio osoby stojące na czele Rosji, że sprzymierzone z nią w miarę silne państwo polskie byłoby użyteczne z punktu widzenia rosyjskich interesów. Przede wszystkim jako bufor, osłaniający Rosję przed potęgą pruską i dający jej możliwość skierowania ogromnej większości swoich sił na ekspansję otwierającą drogę na południe i wschód.

Nie było to zadanie niewykonalne. Wielkim marzeniem carycy Katarzyny było odebranie Turkom Konstantynopola - kolebki prawosławia, następnie wyjście jej floty na dobre na Morze Egejskie. W ten sposób dorównałaby Piotrowi Wielkiemu, który otworzył dla Rosji Bałtyk. Katarzyna Wielka była jednak Niemką i córką pruskiego oficera. Nie przyjmowała do wiadomości, że do osiągnięcia tego celu niezbędne będzie przeciwstawienie się Anglii i jej głównemu sojusznikowi w Europie tych czasów tzn. Prusom. Co więcej, utworzenie silnej armii polskiej, sprzymierzonej z Rosją, której celem narodowym byłoby odzyskanie dostępu do ujścia Wisły kosztem Prus, wydawało jej się aktem zdrady wobec swoich.

Jej syn i następca - wielki książę Paweł, wyssał rosyjski i tylko rosyjski patriotyzm z mlekiem mamki. Był gotów podjąć ryzyko próby sił z brytyjską potęgą morską oraz nawet z Prusami i Austrią. Zdawał też sobie sprawę, że będzie wtedy potrzebował każdego bagnetu i każdego okrętu wojennego, jaki tylko mógłby stanąć po jego stronie. Z nim byłaby zupełnie inna rozmowa, toteż z planami wzmocnienia państwa polsko-litewskiego należało czekać na zgon jego matki.

Zachodni sojusznicy rzucili Polskę na pożarcie

Twarda, ale niezbędna konieczność czekania z radykalnymi reformami i powiększeniem sił zbrojnych na zmianę na wszechrosyjskim tronie nie dotarła do świadomości obozu Konstytucji Trzeciego Maja. Ostrzeżenia króla Stanisława Augusta, który zdawał sobie doskonale sprawę ze sposobu myślenia i bezwzględności carycy Katarzyny, zostały zlekceważone. Zamiast tego nowi przywódcy uznali za stosowne zabezpieczyć się przed jej gniewem sojuszem z Prusami i Wielką Brytanią. To było fatalne posunięcie, skazujące państwo polskie na utratę niepodległości.

W powstałej sytuacji kalkulacje przywódców w Berlinie i Londynie były proste. Wzmocnienie państwa polskiego nie było w ich interesie. Prusacy zdawali sobie przecież sprawę z tego, że jeśli Polacy wyjdą jako zwycięzcy z wojny z Rosją zażądają od niej zwrotu ziem zagarniętych w pierwszym rozbiorze. Jeśli caryca zgodzi się na powrót do granic, przyjętych dobrowolnie przez Rzeczpospolitą w pokoju Grzymułtowskiego (1686), aby słowem honoru, może jakąś przysięgą sejmu i króla zabezpieczyć się przed dalej idącymi roszczeniami terytorialnymi, to... Prusy i Austria będą prędzej czy później musiały pójść za tym przykładem. Utrata bezpośredniego połączenia lądowego z Prusami Wschodnimi oznaczałaby zaś wydanie się z powrotem na łaskę polskich królów.

Na dodatek byliby to jednocześnie królowie Saksonii, która była jednym z dwóch głównych rywali Prus w grze o stanięcie na czele Rzeszy Niemieckiej. Oddanie tronu w Warszawie w dziedziczne posiadanie saskim władcom przez Konstytucję Trzeciego Maja miało sens tylko jako posunięcie antypruskie w sojuszu z Rosją. Hugo Kołłątaj i inni zupełnie nie rozumieli logiki wielkiej polityki! Nie rozumieli też, że Anglia, która nie ma żadnego innego pewnego sprzymierzeńca w Europie, nie może pozwolić na osłabienie Prus i sojusz z nią jest równie bezcelowy.

Mimo to oba sojusze zostały podpisane, a ludzie Zachodu mieli w tym tylko dwa cele. Po pierwsze zgubić Polskę, a po drugie osłabić Rosję. Było jasne, że Polacy będą zaciekle się bronić i zabiją wielu rosyjskich oficerów. Uniemożliwi to szybkie wystawienie nowych rosyjskich armii do walki z Turcją. Na dodatek caryca i jej następcy będą musieli stale utrzymywać znaczne siły wojskowe na zachodzie swego imperium w celu stłumienia możliwego w każdej chwili polsko-litewsko-ruskiego powstania. Ponadto można było zakładać, że przy odrobinie szczęścia polski opór będzie tak silny, że caryca nie da rady go stłumić bez pomocy pruskiej. W zamian będzie skłonna wynagrodzić swych pobratymców częścią ziem polskich. Dla Anglików wyniknie ta niewątpliwa korzyść, że #Rosja nie będzie w najbliższej przyszłości zdolna zająć cieśnin tureckich, wyjść nad Morze Śródziemne i zagrozić brytyjskim planom opanowania Egiptu. Dlatego też Prusacy sprzedali nam wadliwe karabiny, zaś brytyjskie okręty wojenne nie oddały ani jednego wystrzału w kierunku Rosjan.

Historia lubi się powtarzać

Dalszy bieg wydarzeń, tzn. wojna w obronie Konstytucji 3 Maja i powstanie kościuszkowskie, dowiodły polskiej naiwności oraz skuteczności germańskich mistrzów. Niestety, ale z katastrofy pierwszej niepodległości nie wyciągnięto do dzisiaj właściwych wniosków. Dwóch zasadniczych wniosków. Po pierwsze nie doszło do odrzucenia założenia, że z Rosją można rozmawiać wymachując jej przed nosem szablą i nie doprowadzić się do opłakanych skutków. Po drugie nie ma zrozumienia, że mocarstwa zachodnie nie dotrzymają zobowiązań sojuszniczych wobec naszego kraju. Pojawiły się pewne próby we właściwym kierunku, aby żyć w zgodzie z naszą wielką słowiańską siostrzycą, a stosunki z Zachodem opierać na fakcie, że ludzie Zachodu muszą się z nami liczyć jak długo jesteśmy jej sojusznikami. Można dodać: są wtedy wręcz zmuszeni zabiegać o naszą życzliwość i zawierać z nami równoprawne układy. Bylebyśmy tylko nie rozwiązali zupełnie rąk Rosji w Europie, przechodząc szczerze i z ochotą na jej stronę albo stając się od niej stuprocentowo uzależnieni.

Ta mądra linia polityki polskiej, wynikająca z naszej odwiecznej sytuacji geopolitycznej, której trzymali się najmądrzejsi polscy patrioci: Adam Czartoryski, Ksawery Drucki-Lubecki, Aleksander Wielopolski, Roman Dmowski, Stanisław Grabski, Gomułka i Gierek, została zarzucona. Przeciętny mieszkaniec naszego kraju i przeciętny rodak żyjący na obczyźnie nawet nie wie, że jest taka linia. Linia, do której moglibyśmy w każdej chwili powrócić, idąc za węgierskim i greckim, a co najmniej czeskim przykładem. Zamiast tego brniemy w ślepą uliczkę ślepej wiary w Zachód i pomoc mocarstw zachodnich w razie czego. Pchamy się prosto w kierunku kolejnej wielkiej katastrofy narodowej, którą można właściwie rzecz biorąc odwrócić już w tylko jeden sposób. Poprzez porozumienie się z Rosją za pośrednictwem Patriotów Europy, z dobrymi Niemcami na czele, w imię walki z jedynym śmiertelnym wrogiem nas wszystkich - wojującym islamizmem. #Wielka polityka #Niemcy