Elo mugole! Niech każdy luknie przez łindoł czy jego kar tam jeszcze stoi, bo w łikendzik czas będzie balety przy grilu odstawić. W tiszertach i dżinach kupą bujniemy się furą na hacjendę, przyjarać kiszkę, zaciągnąć szluga i oblukać miejscowe lasencje i ciacha. Będzie biała dama, fajki i srogie bity na maksa, bo jak na krezusy przystało, my za własny hajs balujemy! Po temu jutro czeka nas szoping w gaszących ciuchach i lody z czekolado w pasażu. Oblukamy makro i obczaimy co najlepsze, bo musi być ful wypas bez obciachu! Taki SWAG.

Blaszak mi się zagotował i gałęzie opadły, ale nie peniam. Jeszcze tylko wpadnę pod kosiarkę i machnę mejkap (tapetę nałożę), coby sobie siary nie narobić na wybiegu.

Można język połamać od samego czytania, a tłumaczenie powyższego tekstu na #język polski wcale nie jest łatwe, ponieważ slang młodszej i nieco starszej młodzieży jest wybitnie ubogi. Dorosły tłumacz oprócz znajomości przedmiotu musi jeszcze mieć fantazję i lekkie dosyć pióro, aby wypowiedzi młodych w sposób przystępny trafiały do końcowego odbiorcy. Taka powszechna w pewnych kręgach, społeczna nowomowa, kojarzy mi się nieustannie z więziennym grypsowaniem. I chociaż czasem staram się zrozumieć, co mówią do siebie przedstawiciele obecnych nastolatków, to jednak nie potrafię (i nie chcę) się tym językiem swobodnie posługiwać, bo na jego dźwięk stale odczuwam mdłości. Zwłaszcza, że młodzi ludzie nie mówią do siebie, lecz ryczą na całe gardła, gdyż słuch mają stępiony przez nałogowe słuchanie muzyki przez słuchawki. Muzyka płynie wprost do ich uszu na pełny regulator, dlatego słucha jej także cała okolica. Czy tego chce, czy nie chce.

Zastanawiam się jeszcze, czy z równym wdziękiem owi nastolatkowie wypowiadają się w domu i co na to ich rodzice? Rozumieją, ale odpowiadają po polsku? Proszą o przetłumaczenie "na nasze"? A może sami biegle posługują się językiem swoich dziatek, nie widząc w tym niczego zdrożnego?

A tak gwoli sprawiedliwości - brzydko brzmiący tytuł nie ma niczego wspólnego z zamieszczonym pod nim niezrozumiałym tekstem. Tytuł jest o tym, jak koleżanka z mojej szkoły zrobiła sobie zdjęcie z nauczycielem i dlaczego złości mnie słownictwo współczesnych nastolatków, zaś bełkot poniżej tytułu traktuje o weekendowym wyjeździe dorosłych za miasto, o zakupach, wizycie u fryzjera i makijażu. Mniej więcej.

Wielkimi krokami zbliża się pierwsza tegoroczna majówka, przypadająca na piątek, sobotę i niedzielę. Znakomita większość z nas nazywa te dni weekendem. Polacy to jednak nie gęsi, więc dla mnie - to po prostu zapiątek. Bardzo lubię ten staropolski wyraz i chętnie go używam. Globalizacja i nieskrępowana możliwość komunikacji powodują, że nasze słowniki co jakiś czas poszerzają się o zupełnie obce do niedawna zwroty. Obawiam się, że niedługo wszyscy będziemy jakimiś menadżerami, akountami i innymi deweloperami. I to niezależnie od tego, czy we własnych, czy też w cudzych biznesach. Obyśmy jednak nigdy nie zatracili umiejętności czytania, pisania i mówienia po polsku.

Życzę wszystkim wspaniałego wypoczynku w ten pierwszy, majowy zapiątek i pełnego zrozumienia podczas wymiany zdań z dziatwą.

W trakcie tworzenia tego felietonu podjęłam walkę wręcz z oprogramowaniem automatycznie wykrywającym i naprawiającym błędy. Niniejszym oświadczam, że w potyczce nikt nie zginął ani nie doznał obrażeń, mogących skutkować długotrwałym wykluczeniem z aktywnego życia społecznego i rodzinnego. Nie ucierpiał też mój komputer i w pełni nadaje się do dalszego użytkowania, o czym z radością donoszę.

Źródła: język ulicy, komunikacji miejskiej i mój własny
#długi weekend