Francuska Policja i większość obywateli tego kraju obawia się kolejnych ataków. Środki bezpieczeństwa zostały zaostrzone zaraz po zeszłorocznej masakrze w Paryżu, w trakcie której terroryści (jak się okazało - wysłannicy Państwa Islamskiego) zabili ponad 130 osób. Francuskie służby przyznają jednak, że wzmocnione patrole na ulicach, w tym nie tylko Policji, ale również wojska, na niewiele mogą się zdać. Czy Francja ponownie spłynie krwią? Ile niewinnych, postronnych osób zginie tym razem?

Eksperci nie mają wątpliwości. Zamach na redakcję Charlie Hebdo i listopadowe zamachy z Paryża to terrorystyczne rozpoznanie walką. Terroryści zdecydowali się na te ataki w jednym celu - sprawdzić, jakie działania należy poprawić, aby zwiększyć skuteczność zamachów (czytaj: zabić więcej osób i wywołać większe zamieszanie).

Reklamy
Reklamy

Planują bowiem na 2016 rok zamachy o znacznie większym zasięgu, znacznie bardziej spektakularne.

Zamachy terrorystyczne we Francji i gdzie jeszcze?

Specjaliści od walki z terroryzmem wskazują, że autorzy listopadowych zamachów chcieli w praktyce sprawdzić, jakie w czasie ataku popełniono błędy i jak się ich wystrzegać w przyszłości. A błędów tych było kilka. Zamachowcom nie udało się wejść na teren stadionu, gdzie mieli zdetonować ładunki wybuchowe o wielkiej sile rażenia. Z kolei zamachowcom z teatru Bataclan zabrakło amunicji. Gdyby nie te dwa przypadki, ofiar byłoby znacznie, znacznie więcej.

Zawiodła również komunikacja między zamachowcami. Sam atak nie był dobrze skoordynowany, terroryści mieli problemy z porozumiewaniem się ze sobą i z osobami nadzorującymi ataki. Islamscy planiści, przygotowujący kolejne zamachy na pewno wzięli to pod uwagę.

Reklamy

Mają świadomość, że są obserwowani, ich rozmowy telefoniczne podsłuchiwane, że korzystając z dobrodziejstw nowoczesnych technik łączności, narażają się na dekonspirację. Niestety na ich korzyść nadal działa niezrozumiała polityka unijnych włodarzy. Wydaje się, że po atakach w Paryżu unijni decydenci nie wyciągnęli właściwych wniosków. Uchodźcy nadal masowo napływają na tereny państw UE, w tym w szczególności do Francji i Niemiec. Nikomu chyba nie trzeba przypominać, że wśród paryskich zamachowców co najmniej dwie osoby zostały wcześniej zarejestrowane jako uchodźcy na terenie Grecji, skąd praktycznie bez ograniczeń przemieszczali się po Europie (jeden z zamachowców, zanim przedostał się do Paryża, widziany był na Węgrzech, w Niemczech i Belgii).

To, że wśród uchodźców są potencjalni terroryści, wiadome jest już od dawna. Przyznało to zarówno samo Państwo Islamskie, jak i europejscy eksperci.

Reklamy

Zresztą mówią o tym również prawdziwi wojenni uchodźcy. Nie dalej jak kilka dni temu w internecie pojawił się wywiad z jednym syryjskim chrześcijaninem, który w obozie dla uchodźców na terenie Niemiec spotkał swoich dawnych oprawców z ISIS.

Europa Zachodnia ma się czego bać

Póki co największe zagrożenie nowymi atakami jest we Francji, Belgii i Niemczech. Kraje Europy Środkowej i Wschodniej póki co nie mają raczej czego się obawiać, co nie znaczy, że służby tych państw mogą spać spokojnie. Dziwi niemal samobójcza polityka Niemiec - Angela Merkel twardo obstaje przy swojej polityce otwartych drzwi i niewprowadzania limitów uchodźców, jakich Niemcy zamierzają przyjąć. Na nic niemal 140 niewinnych ofiar z Paryża, na nic setki zgwałconych i brutalnie pobitych niemieckich kobiet. Merkel udaje, że tego nie widzi i niemal na każdym kroku podkreśla, że bez nielegalnych imigrantów niemiecką gospodarkę czeka poważny kryzys.

Obłuda Merkel wydaje się nie mieć granic. 90% spośród nielegalnych imigrantów nie ma żadnych kwalifikacji do pracy. Do Europy przybywają oni zresztą po zasiłki, nie po pracę. W tym samym czasie z Niemiec deportuje się obywateli Ukrainy, nierzadko posiadających już zatrudnienie na budowach czy w niemieckich gospodarstwach.

A #Unia Europejska w poważnym kryzysie. Zagrożona kolejnymi atakami terrorystów tkwi w marazmie i wewnętrznych przepychankach.

źródło: fronda.pl #Terroryzm #kryzys uchodźczy