A wszystko przez coraz bardziej radykalne stanowisko węgierskich władz w sprawie napływu na terytorium Unii Europejskiej nielegalnych imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki. #Węgry nie zamierzają na tym polu ustąpić. Swoje twarde stanowisko zaprezentowały już niemal na samym początku kryzysu imigracyjnego. Viktor Orbán wielokrotnie deklarował, że Węgry nie zamierzają ponosić konsekwencji nieprzemyślanych decyzji unijnych decydentów oraz rządów Francji i Niemiec.

Brak podjęcia przez Węgry starań w kierunku uzgodnienia wspólnego stanowiska w kwestii nielegalnej imigracji, spowodował powstanie inicjatywy obywatelskiej, której celem jest zawieszenie tego kraju w prawach członkowskich Wspólnoty, w tym również - zawieszenie prawa do głosowania w Radzie Unii Europejskiej.

Reklamy
Reklamy

Na obywatelach Węgier nie robi to jednak specjalnego wrażenia. Podobnie jak obywatele innych państw Grupy Wyszehradzkiej, obawiają się oni tego, co już dzieje się we Francji, Niemczech czy krajach skandynawskich, gdzie polityka tzw. multikulti ponosi coraz większe fiasko.

Węgrzy nie boją się unijnych biurokratów

Póki co żadne postępowanie w sprawie zawieszenia Węgier w prawach członkowskich UE nie zostało wszczęte. Komisja Europejska zastrzegła jedynie, że formalny wniosek o takie zawieszenie został złożony i zarejestrowany. Wnioskodawcy i organizatorzy akcji mają za złe premierowi Węgier Orbánowi, że zachowania władz węgierskich wobec nielegalnych imigrantów naruszają niektóre z unijnych zasad i deklaracji. Ponadto oskarżają go o ksenofobię i brak solidarności z innymi państwami Wspólnoty. Orbán odpowiada, że z kryzysem w pierwszej kolejności powinni radzić sobie ci, którzy go wywołali.

Reklamy

Jego zdaniem za kryzys odpowiada z jednej strony zbyt tolerancyjna polityka Francji i Niemiec, a z drugiej - oskarża on władze tych krajów o to, że działania w sprawie nielegalnych imigrantów wcale nie wynikają z dobrego serca i poczucia solidarności, a z zimnego wyrachowania politycznego i ekonomicznego.

Organizatorzy akcji nie ukrywają też swoich obaw co do tego, że wzorem węgierskich władz pójdą niebawem rządzący pozostałych krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Tu akurat mają się czego bać. Od samego początku kryzysu związanego z nielegalną imigracją (szumnie nazywaną wojenną, choć mającą niemal w każdym wypadku podłoże ekonomiczne), twarde stanowisko, pokrewne ze stanowiskiem Węgier, prezentują Czechy i Słowacja, a coraz bliżej do tego stanowiska również Polsce. Po zmianie władzy w naszym kraju zmieniło się radykalnie postrzeganie tego kryzysu. Nowe władze już nie "podlizują się" Angeli Merkel, de facto rozgrywającej obecnie na europejskiej scenie politycznej. Swoje stanowisko Polska zaostrzyła też po atakach terrorystycznych w Paryżu, w czasie których zginęło ponad 120 osób.

Reklamy

We wrześniu 2015 Węgry przyjęły restrykcyjne przepisy, przewidujące m.in. karę pozbawienia wolności dla osób nielegalnie przekraczających granicę tego kraju. Orbána krytykuje się także za brutalne działania wobec imigrantów. Działania te mają polegać na stawianiu ogrodzeń wzdłuż granicy i wzmocnieniu patroli. Szkoda tylko, że te same osoby, które tak powszechnie krytykują Węgrów i domagają się zawieszenia ich w prawach członkowskich Wspólnoty same podnoszą, że temu, co się dzieje obecnie np. w Calais można było zapobiec, wzmacniając ochronę granic.

Zawieszenie Węgrów w prawach członkowskich UE nie jest pewne

Do nadania biegu sprawie niezbędne jest zebranie co najmniej miliona podpisów w co najmniej 7 państwach członkowskich w ciągu jednego roku. Wnioskodawcy raczej nie mają co liczyć na poparcie w Polsce, Czechach czy Słowacji, a i w takich krajach, jak Niemcy czy Francja, zadanie może się okazać trudne do wykonania. Wszystko dlatego, że obywatele tych krajów coraz bardziej mają dosyć kryzysu imigracyjnego.

Szkoda, że europejscy możnowładcy zapominają, komu zawdzięczają władzę w Unii czy w swoich krajach. Casus Węgier może być dla nich bolesną nauczką.

źródło: wnp.pl #Unia Europejska #kryzys uchodźczy