"Trzeba natychmiast zamknąć zewnętrzne granice strefy Schoengen i przystąpić do obrony terytorium państw tej strefy, które stanowi większość obszaru Unii Europejskiej, przed zalaniem przez uchodźców. [...] Powstaje pytanie czy armia macedońska lub bułgarska zwróci się o udzielenie jej w tej sprawie pomocy przez #NATO. Tak czy owak musimy rozpocząć konsultacje na najwyższym szczeblu w sprawie wspólnej ochrony granic. UE nie jest w stanie przyjąć jakichś 10 milionów ludzi, którzy się do nas obecnie wybierają. #Unia Europejska musi zacząć informować ludzi w krajach, z których napływają do niej uchodźcy. Trzeba im przekazać: nie macie po co do nas przybywać, bo będziecie tu tylko bezrobotnymi, skazanymi na życie z zasiłków.” Tyle czeski minister finansów, a zarazem przywódca partii ANO, wchodzącej w skład obecnej koalicji rządowej w Pradze - Andrej Babiš (wym.: babisz).

Reklamy
Reklamy

 

(Musíme před uprchlíky uzavřít schengenský prostor. A to okamžitě, tvrdí Babiš, lidovky.cz)

Politpoprawność przegrała z bladym strachem

Na ogół podobne wypowiedzi są kwalifikowane jako rasizm, faszyzm, nacjonalizm oraz oczywiście ksenofobia. W Niemczech wydano nawet specjalną instrukcję dla agencji prasowych, nakazującą używanie wyłącznie takich wyzwisk politycznych wobec wszystkich krytyków niekontolowanej imigracji. Tak też z początku było w Pradze. Kolega Babiša z rządu - Pavel Bělobrádek, określił jego wypowiedź jako rasistowską. Z kolei socjaldemokratyczny premier Sobotka przestrzegł przed „faszyzującymi tendencjami w czeskim społeczeństwie”. Dodał nawet kostycznie, że są tacy, którzy próbują zrobić karierę na takich tendencjach. Po zastanowieniu się stosunkowo najbardziej wolni od jedynej słusznej ideologii ludzie sprawujący rządy w Czechach...

Reklamy

Chyba po prostu spojrzeli na to, co się dzieje w Niemczech, Hiszpanii itd. Wyobrazili sobie skutki masowego napływu muzułmanów do Czech, np. w postaci gwałtownego wzrostu poparcia dla senatora Okamury itp.

 

Po dość krótkim wahaniu praska rada ministrów uzgodniła wspólne stanowisko, stanowiące tylko trochę ugrzecznione odbicie poglądów „złego” ministra. Przedstawił je premier Sobotka podczas spotkania z przybyłym do Pragi francuskim ministrem spraw zagranicznych. Jak podało Radio Praga, czeski przywódca postawił sprawę twardo. Państwa odgrywające główną rolę w UE mają do wyboru dwie drogi. Mogą przyjąć czeski plan; rozpocząć wspólną ochronę granic strefy Schengen, polegającą na wyłapywaniu i odsyłaniu z powrotem amatorów łatwego życia, pchających się na jej obszar.

 

Jeśli nie, wówczas Czechy i inne kraje, których rządy myślą lub niebawem pomyślą podobnie, rezerwują sobie prawo do obrony własnych granic oraz bezpieczeństwa narodowego przy pomocy takich środków, jakie uznają za stosowne i wykonalne.

Reklamy

Dał nawet do zrozumienia, że kilka krajów może wystąpić z Unii Europejskiej, jeśli jej władze spróbują im w tym przeszkodzić. Jak dotąd podobne wystąpienia czeskich i słowackich dostojników państwowych nie spotkały się z poparciem władz Niemiec i Francji. Obecnie jednak podstawowym warunkiem prowadzenia wielkiej polityki ratowania Europy stało się głośne mówienie na tematy nieformalnie zakazane.

 

Nie chodzi o nienawiść do ofiar rozpadu trzech bliskowschodnich państw

Celem tego wszystkiego nie jest jakieś ludobójstwo względem prawdziwych uchodźców – ofiar piekielnego zamętu. Zamętu, który powstał w Iraku, Syrii i Libii wskutek zastosowania tam przemądrzałych recept Jankesów na uszczęśliwianie niewolników. Tak minister Babiš jak jego pryncypał pokreślają, że w warunkach obecnych niekontrolowanych fal imigrantów nie ma sposobu na ich filtrację. Filtrację, której trzeba dokonać m. in. po to, aby wydzielić osoby rzeczywiście wymagające jak najszybszej pomocy. Również po to, aby np. Afgańczycy nie zarzynali się potem nożami w domach uchodźców z np. Marokańczykami. Po to wreszcie, aby pod płaszczykiem nieszczęsnych ofiar nie przybyli do Europy ich kaci, by mordować Europejczyków. #Wielka polityka