Odkąd Polacy zaczęli masowo emigrować do Holandii, powstał w tym kraju popyt na niektóre typowo polskie produkty, których emigrantom ewidentnie brakowało na obczyźnie. Należą do nich, przede wszystkim, chleb pszenno-żytni, biały ser twarogowy, wędliny czy chociażby polskie piwo. W związku z tym na holenderskim rynku szybko pojawiły się tak zwane "polskie" sklepy z towarem wyselekcjonowanym pod gusta rodaków z kraju nad Wisłą.

Obecnie takich sklepów jest już ponad 120 (15 w samej Hadze!) i ze względu na wciąż rosnącą liczbę polskich emigrantów cieszą się one niesłabnącym zainteresowaniem. Niesamowite jest to, że klimat każdego ze sklepów jest podobny - są to supersamy rodem z lat 90.

Reklamy
Reklamy

z panią ekspedientką za ladą i szklanymi lodówkami z witryną. Zdecydowanie można poczuć się swojsko, zwłaszcza że także obsługa sklepu to z reguły Polacy.

Sielankowy klimat polskich marketów skrywa, niestety, na swym zapleczu mroczne tajemnice, które okazują się być krzywdzące zarówno dla pracowników, jak i klientów. Konkurencja na rynku jest coraz większa, zwłaszcza odkąd poza małymi przedsiębiorcami, tzw. prywaciarzami, do walki o polskiego klienta włączyły się oferujące niższe ceny dobrze prosperujące sieciówki.

Ciemna strona sklepowego zaplecza

Informacje o kulisach pracy w "polskich" sklepach pochodzą z wywiadów, które przeprowadziłam z byłymi i obecnymi pracownicami kilku takich placówek na terenie Holandii. Chętnie, aczkolwiek z zastrzeżeniem anonimowości, osoby te opowiedziały o warunkach i niepisanych zasadach panujących w  miejscach pracy.

Reklamy

Ich opowieści bardzo odbiegały od moich wcześniejszych wyobrażeń, toteż - chcąc potwierdzić wiarygodność ekspedientek - pod pretekstem zainteresowania pracą odbyłam parę ciekawych rozmów z pracodawcami. Jak się okazuje, #praca ta niekoniecznie należy do lekkich, łatwych i przyjemnych, a już na pewno nie do dobrze i uczciwie płatnych.

Przede wszystkim, oficjalne wynagrodzenie za pracę absolutnie nie pokrywa się z tym, ile naprawdę zarabia pracownik. Dominuje rodzaj zatrudnienia "na czarno" i mówi się o tym bez większych ceregieli. Paradoksalnie, nielegalne godziny pracy wcale nie przynoszą pracownikowi większych profitów. Pięć euro za godzinę - tyle oferują za pracę szefowie sklepów. Najniższa możliwa stawka godzinowa za jakąkolwiek pracę w Holandii wynosi 8,66 euro brutto przy 40 godzinach pracy dla osoby powyżej 23 roku życia. 5 euro za godzinę pracy i to w dodatku bez odprowadzania podatku jest ewidentnym wykorzystywaniem pracownika, a ze względu na niską stawkę nie jest to nawet korzyść obopólna.

Reklamy

"Trochę zrobimy na czarno, trochę zrobimy na biało i wszyscy będą zadowoleni" - powiedział szef mówiący po polsku z wyraźnym wschodnim akcentem, gdy zapytałam, czy  jest możliwość podpisania jakiejkolwiek umowy o pracę. To "na biało", to - według byłych ekspedientek - maksymalnie 180 euro tygodniowo. Resztę dostają do ręki, a bywa, że liczba przepracowanych godzin znacznie przekracza pełnoetatowe 40.

"A co, 60 godzin w tygodniu 'na biało' wyrobisz?" - z drwiną w głosie zapytał mnie w innym sklepie potencjalny pracodawca. Potwierdziło to słowa kobiet, które pracują często po 12 godzin dziennie i trudno mówić w tym czasie o jakiejkolwiek dłuższej przerwie na odpoczynek. Przedmiotem ich narzekań są również warunki sanitarne panujące na zapleczach niektórych sklepów oraz złe traktowanie przez pracodawcę. Te, które nie godziły się ze stanem rzeczy, odeszły, ale część z nich dalej przystaje na trudne warunki i nieadekwatne do włożonego wysiłku wynagrodzenie, bo -jak mi powiedziano - "To i tak lepsze, niż jakaś taśma".

Klient nasz zysk

Żądza pieniądza i presja utrzymania się na rynku uderza nie tylko w pracowników, ale też w konsumentów. Dotyczy to"drobnych" sklepikarskich sztuczek, które notabene mogą bardzo poważnie komuś zaszkodzić. Przede wszystkim, należy zwracać uwagę na daty ważności i świeżość produktu. Z opowieści jednej z byłych ekspedientek wynika, że na rzeczy po terminie w sklepie znajduje się specjalny kosz, z którego, po odpowiedniej obróbce, produkty trafiają z powrotem na sklepowe półki. Tak zwany suchy towar przekracza termin ważności nierzadko nawet o dwa miesiące, natomiast nieświeże wędliny są myte i przekładane z tymi nowymi. Produkty nienadające się już do sprzedaży, takie jak stara szynka, ser, nadgniłe warzywa etc. możemy spotkać na sklepowej półce w postaci zapiekanki, pizzy lub innego smakowitego wypieku.

Każdy sobie rzepkę skrobie

Konsumenci nie powinni zanadto zrażać się do "polskich" sklepów, a jedynie, kierując się własnymi spostrzeżeniami i doświadczeniem, ocenić, który market w okolicy jest godny zaufania. Wybiórcze przypadki nie przedstawiają wizerunku wszystkich rodzimych marketów prosperujących na terenie Holandii, trzeba natomiast być czujnym i sprawdzać jeszcze przed zakupem, czy z produktem na pewno wszystko jest w porządku. Świeże produkty nie powinny budzić wątpliwości, że są rzeczywiście świeże, a nie tylko takie udają. W przypadku zamkniętych opakowań należy zwracać uwagę na to, czy nie skończył się termin ważności, a data na pewno jest wbita oryginalnie. Takie zakupy klient ma prawo zwrócić również po okazaniu paragonu.

Moralność i etyka pracy wielu sklepów z polskimi produktami w Holandii stoją pod znakiem zapytania. Zarządcy bezczelnie wykorzystują zapotrzebowanie emigrantów na pracę, stawiając nieuczciwe warunki, na które niestety, wielu emigrantów wciąż się zgadza. #emigracje #Holandia