Toomas Hendrik Ilves, prezydent Estonii, zwrócił się do #NATO o zwiększenie ilości wojsk Sojuszu w jego kraju. Powód? Duże siły wojsk Rosyjskich na granicy - zdaniem Ilvesa mogłyby dotrzeć do stolicy w niecałe cztery godziny.

Co konkretnie skłoniło prezydenta to tak dramatycznego wyznania? Jak wspomniałem nieraz w artykułach opisujących konflikt na Ukrainie, z logicznego punktu widzenia imperialne ambicje Putina obejmują dalsze działania - Białoruś, a potem kraje nadbałtyckie. Przypomnę też, że samoloty bojowe Rosji znalazły się na granicy z Łotwą, a inne nieraz naruszały przestrzeń powietrzną państw nadbałtyckich. Estonia to kraj dla nas dość egzotyczny, o którym wspominamy tylko przy okazji zajęcia go - wraz Litwą i Łotwą - przez ZSRR w 1939 roku. Aktualnie na terenie Estonii przebywa kontyngent 150 żołnierzy USA, co w przypadku zbrojnej agresji znaczy tyle, co nic. Podejrzliwość władz kraju wzmaga też fakt, że armia rosyjska często prowadzi ćwiczenia wzdłuż granicy. Bierze w nich udział kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy - nieoficjalne źródła podają nawet liczbę 80 tysięcy.

Co może Estonia?

Apel Ilvesa nie dziwi, ponieważ zawodowa armia estońska liczy sobie zaledwie 5 300 osób - na 1,3 miliona mieszkańców kraju. Rosjanie nie musieliby się zbytnio angażować, aby podbić ten rejon, jednak obecność Estonii w NATO skutecznie ich powstrzymuje. Co więcej, rosyjskie MSZ bezczelnie twierdzi, że ten apel powoduje "eskalację napięcia" pomiędzy obydwoma krajami. Ciekawe, że nie widzi przyczyny tej eskalacji w swoich ćwiczeniach. Na tym bezczelności nie koniec - Rosyjscy dyplomaci powiedzieli wprost, że jeżeli Estonia nadal będzie "wywoływać napięcie", to #Rosja podejmie "środki zaradcze". Czy y można, zatem się dziwić, że dowództwo NATO rozważa różne scenariusze - w tym działania zbrojne? Zgodnie z regułami Paktu, jeżeli jeden jego członek zostanie zaatakowany, pozostali muszą przyjść mu z militarną pomocą. I to chyba straszak, który skutecznie powstrzymuje zapędy Putina w odbudowaniu ZSRR. #Władimir Putin