Obecnie zarobki prezesów spółek, w których większościowy udział ma Skarb Państwa, reguluje tzw. ustawa kominowa. Pozwala ona na ustalenie wynagrodzenia prezesa zarządu na maksymalnym poziomie, równym sześciokrotności średniego wynagrodzenia, ogłaszanego przez Główny Urząd Statystyczny. Od samego początku funkcjonowania ustawa kominowa była fikcją. Ograniczenia w zarobkach można było bardzo łatwo obejść, z czego prezesi wielkich koncernów masowo korzystali. Nic zatem dziwnego, że wielu z nich w ciągu roku prezesowania, zasiadania w radach nadzorczych i zawierania np. kontraktów menedżerskich i umów cywilnoprawnych, dorobiło się wynagrodzeń rzędu kilku milionów złotych.

Reklamy
Reklamy

To ma się zmienić. Ekipa Beaty Szydło przygotowała już stosowny projekt zmian. Zakłada on zniesienie ustawy kominowej i wprowadzenie innych limitów wynagrodzeń, w tym również w spółkach, w których Skarb Państwa nie ma większościowego udziału.

Bycie zawodowym prezesem już nie tak atrakcyjne

Głównym założeniem projektu jest to, aby wynagrodzenia prezesów spółek ustalane były przez walne zgromadzenia, które odbywać się będą z udziałem państwowego akcjonariusza - przedstawicieli Skarbu Państwa. Początkowo wątpliwości ekspertów budziło to, czy będący w mniejszości w danej spółce udział Skarbu państwa pozwoli na skuteczne głosowanie na takim walnym zgromadzeniu. Jak pokazuje jednak doświadczenie firm takich, jak Orlen czy KGHM, nawet mniejszościowy udział Skarbu Państwa pozwala na "wygrywanie" głosowań na walnych zgromadzeniach.

Reklamy

Jeśli zmiany wejdą w życie, prezesi stracą na wynagrodzeniach. Obniżka wynagrodzeń będzie dość znaczna. Projekt zakłada, że prezes zarządu mniejszej spółki z udziałem Skarbu Państwa zarobi maksymalnie trzykrotność przeciętnego wynagrodzenia. Z kolei prezes większego koncernu może liczyć na wynagrodzenie na poziomie do 15-krotności przeciętnego wynagrodzenia. Różnica jest więc znaczna. Ma to jednak swój sens, warto choćby przytoczyć przykłady niewielkich spółek komunalnych, w których prezesi zarabiali po kilkadziesiąt tysięcy zł miesięcznie. Zrozumiałe, że taka pensja powinna być zarezerwowana dla prezesa molocha typu Orlen, a nie lokalnego wodociągu.

Rządowy projekt zmian w wynagrodzeniach prezesów zarządu przewiduje także premie. Ważną zmianą jest to, że nie będą one zależeć od widzimisię i sympatii członków rad nadzorczych, ale uzależnione mają być od realnych wyników ekonomicznych spółki. W ustawie mają pojawić się konkretne kryteria, po spełnieniu których prezes zarządu będzie miał prawo do otrzymania premii.

Reklamy

Obecnie żadnych kryteriów nie ma, rozdawnictwo pieniędzy pod postacią wszelkiej maści premii kwitnie w najlepsze. Po zmianach wysokość premii nie będzie mogła przekroczyć 50 % wynagrodzenia, a w największych spółkach 100 %.

Zmiany będą spore. Przykładowo obecnie prezes KGHM może liczyć na wynagrodzenie miesięczne (wraz z premiami) rzędu 200 tysięcy zł. Po zmianach będzie to maksymalnie 120 tysięcy. Oprócz obniżenia wynagrodzenia prezesi stracą też dodatkowe benefity, z których obecnie masowo korzystają - służbowe mieszkania, limuzyny, ubezpieczenia itp. Ograniczone zostaną również odprawy dla odchodzących prezesów. Obecnie sięgają one nierzadko nawet kilku milionów zł.

Dobry i tani menedżer potrzebny od zaraz

Opozycja oczywiście krytykuje projekt podnosząc, iż obniżenie wynagrodzeń spowoduje odpływ najlepszej kadry zarządzającej i "posadzenie" na prezesowskich stołkach biernych, miernych ale wiernych, co prawda bez kwalifikacji, ale za to ze słusznymi poglądami. Oczywiście takie ryzyko istnieje, najlepiej jednak, aby to wolny rynek zweryfikował, czy państwowe spółki i ich prestiż są w stanie przyciągnąć najlepszych menedżerów, dla których w większości przypadków nie ma różnicy, czy zarabiają 120 czy 200 tysięcy zł miesięcznie.

Eksperci chwalą rządowy projekt. Podkreślają, że ustawa kominowa i tak była fikcją, prezesi obchodzili ją na wszelkie sposoby. A dobrych i sprawnych menedżerów na pewno na rynku nie zabraknie.

źródło: gazetaprawna.pl #finanse publiczne #system finansowy #finanse