Rząd ciągle nie ma jasnej strategii dla energetyki. Obecnie konsultowany projekt „Polityka energetycznej państwa do 2050 roku” mnoży scenariusze. Nie wiadomo jaki udział w bilansie energetycznym będzie miała energia jądrowa – czy 12 proc, czy 60 proc. Jak w takich warunkach planować inwestycje?

- Ten program nigdy nie zostanie zrealizowany, ta elektrownia nigdy nie zostanie wybudowana. To jest program dla nielicznych, którzy zrobili sobie z niego interes życia. Wciąż nie została rozstrzygnięta sprawa lokalizacyjna. Studia lokalizacyjne dla pierwszej elektrowni rozpoczęto w latach 60-tych, a dopiero w połowie lat 80-ych rozpoczęła się budowa, którą zakończono w 1990 roku.

Reklamy
Reklamy

Mówię o Elektrowni Żarnowiec, na którą bezsensownie wydano ponad miliard dolarów. Te pieniądze przepadły. Pozostały fundamenty, których łatwo się nie zlikwiduje, z którymi coś trzeba zrobić. Była też druga nieudana próba włączenia Polski do klubu energetyki jądrowej. W 2006 roku rząd PiS podjął decyzję o przystąpieniu Polski do budowy elektrowni w Ignalinie. Elektrownia miała być budowana przez Litwę, Polskę, Łotwę i Estonię, a prąd miał popłynąć z niej już w 2011 roku. Do dziś rząd polski nie „rozliczył” się z tego projektu, chociaż wcześniej było wokół niego wiele propagandy. Teraz mamy trzeci przypadek: „zamaszysty” program budowy aż dwóch elektrowni, w każdej dwa bloki 1600 MW, razem 6400 MW.

Czy potrzebujemy tej elektrowni? Czy energia jądrowa może być cenowo konkurencyjna?

- PGE, które jest najbardziej zainteresowane programem jądrowym twierdzi, że muszą być kontrakty różnicowe.

Reklamy

To by oznaczało, że ta energia nie będzie konkurencyjna, ponieważ kontrakty różnicowe zapewniają gwarancję ceny inwestorom, a koszty poniosą odbiorcy energii elektrycznej i podatnicy. To podobny mechanizm jak kontrakty długoterminowe, które znamy z przeszłości, za które zapłaciliśmy 15 mld zł. Kontrakty różnicowe to nic innego jak nowoczesny model starej praktyki. Wielka Brytania uzyskała pozwolenie na kontrakty różnicowe w ubiegłym roku. Ten mechanizm jest formą subsydiowania energetyki, obciąża odbiorców, zamiast tworzyć konkurencyjny rynek energii.

Czy to oznacza, że będziemy inwestować w produkcję energii z węgla?

- Polska jest małym rynkiem wydobywczym węgla (roczne wydobycie 65 mln ton), poniżej 1 proc. wydobycia światowego (roczne wydobycie ponad 7 mld ton). Na świecie istnieje ogromna nadpodaż taniego węgla, który można importować. Polskie #górnictwo jest absolutnie niekonkurencyjne. Podobnie jest w innych krajach Europy. Czesi likwidują górnictwo już w przyszłym roku, Niemcy zamykają ostatnie kopalnie w 2018 roku, Wielka Brytania ma na razie ok.

Reklamy

10 mln ton wydobycia, Hiszpania około 5 mln ton. Nie można z rynkiem wydobywczym w Europie wynoszącym 65 mln ton bronić górnictwa. Dlatego, że koszty stałe infrastruktury niezbędnej do kontynuacji wydobycia, rozłożone na tak niewielkie wydobycie, czynią węgiel bardzo drogim. Rosną także koszty związane z pogarszaniem się uwarunkowań geologicznych. Wszystko wskazuje zatem na to, że będziemy importować węgiel do bloków energetycznych budowanych z wielkim rozmachem; know how i dobra inwestycyjne dla tych bloków pochodzą od dostawców zagranicznych. A to jest model kolonialny.

Czyli coś w rodzaju systemy nakazowo- rozdzielczego. Co zrobić, żeby go uniknąć?

- Czerpać wzorce ze świata. Przyjżyjmy się Niemcom, którzy z energetyki odnawialnej mają już znacznie więcej energii elektrycznej niż całe polskie zapotrzebowanie. Niemcy na nikogo się nie oglądają, konsekwentnie dążą do celu, nie chcą czekać – budują potęgę energetyczną w oparciu o źródła odnawialne. Powinniśmy iść w ich ślady, bo jeśli się odwrócimy od postępu technologicznego, to za chwilę upodobnimy się do Białorusi. Świat inwestuje w źródła odnawialne, w efektywność energetyczną. My budujemy energetykę, która za chwilę będzie ogromnym balastem dla gospodarki. To co nam funduje państwo to stranded cost (koszty osierocone).

  #energetyka