Od kilkunastu tygodni cały świat patrzy na finansowy kryzys, którzy przetacza się przez Grecję. Tysiące kilometrów dalej na wschód dzieje się jednak o wiele gorzej.

Chińska giełda zafundowała inwestorom i światowym rynkom niemałe zamieszanie. Niespodziewanie, bez ostrzeżenia w ciągu zaledwie trzech tygodni czerwca indeks w Szanghaju stracił ponad ¼ wartości. Z parkietu wyparowało ponad 2,4 bln dolarów.

Biliony bez pokrycia

Tak wielkiej przeceny się nie spodziewano. Analitycy ostrzegali co prawda o bańce spekulacyjnej powstającej na chińskim rynku, jednak wciąż inwestorów cechował optymizm. Każdego miesiąca otwierano dziesiątki milionów nowych rachunków maklerskich, Chińczyków nazywano giełdowymi hazardzistami, chwilowe korekty nie podcinały skrzydeł.

Reklamy
Reklamy

Chiński problem finansowy jest o wiele bardziej złożony dla świata niż ten produkcji greckiej. Gdy Państwo Środka zwalnia i przyzwyczaja wszystkich do jednocyfrowego tempa rocznego wzrostu PKB, można mówić o ekonomicznej zadyszce. Walka z korupcją prowadzona bezpardonowo na najwyższych szczeblach kierownictwa partii powoduje ogromne przetasowanie kadr. Nikt nie może czuć się bezpieczny, ponieważ prezydent Xi Jinping z rozmachem podchodzi do reformowania swojego kraju. Efektem zmian ma być redefinicja towarów „Made in China”. W nowej chińskiej erze ten zwrot, który do niedawna kojarzył się z tandetą, ma symbolizować jakość, a nie ilość.

Łapówka zawsze pomoże

 Jak na razie o masie można mówić w odniesieniu do giełdy w Szanghaju. Chińczycy nie traktują swojego parkietu w podobny sposób jak inwestorzy z Zachodu. Nie ma tak dużej transparencji informacji, kursy spółek można zawieszać w dowolny sposób, winę łatwo zrzuca się na zachodni kapitał, a z pomocą zawsze może przyjść Komisja Regulacji i Bezpieczeństwa Obrotu (China’s Securities and Regulatory Commission). W praktyce jednak wygląda to tak, że do wykupowania udziałów we własnych firmach przymusza się menadżerów wysokiego szczebla (tym razem każdy musi przejąć na co najmniej rok bez prawa zbycia papiery własnych firm warte ponad 80 tys. dolarów); wini cudzoziemców za giełdowe zamieszanie (mimo iż kapitał spoza Chin stanowi jedynie 2 proc. całego, a i tak zagranica ma limitowany dostęp do inwestycji na chińskiej giełdzie) oraz w celu zaciemnienia obrazu sytuacji sztucznie inwestuje się w państwowe spółki, by ich kapitalizacja biła rekordy podczas wszechobecnej bessy.

Inwestowanie w Chinach z pewnością nie należy do łatwych przedsięwzięć. Wartości indeksów nie służą praktycznemu budowaniu rynkowej siły firm obecnych na giełdzie.

Reklamy

Inaczej niż na Zachodzie, do własnej giełdy chiński rząd podchodzi jak do papierka lakmusowego, który świadczy o poparciu dla swoich działań. Ostatnie lata przyniosły także nowy trend. Giełda stała się dla najbogatszych Chińczyków rodzajem niewyczerpanego źródła pieniędzy. Opinia publiczna tworzyła atmosferę ciągłych zysków i obietnicą dalszych zwyżek kursów przyciągała kolejnych prywatnych inwestorów. Zwykli ludzie stali się dla bogatych biznesmenów ogromnym bankomatem, z którego zawsze można było wypłacić dowolne kwoty. Kary za postępowanie niezgodne z przepisami nie zdarzały się, ponieważ zawsze bogaty przedsiębiorca z giełdy mógł przekupić odpowiednią osobę z CSRC.

Chińska giełda dawno przestała działać jak zdrowy organizm, a to co z niej ostatnio wyparowało stanowi dziesięciokrotną wysokość PKB Grecji. Skala chińskiego problemu przebija grecki odpowiednik, wystarczy tylko czekać na moment, gdy świat uświadomi sobie skalę kolejnego finansowego kłopotu. #system finansowy #Chiny