Po kryzysie finansowym z 2008 roku także i #Chiny znalazły się na skraju gospodarczej zapaści. Krajowy rynek wymagał szybkiej interwencji, ta z kolei na przestrzeni lat przeradzała się ze środka ratunkowego w czynnik chorobotwórczy.

Przyczyny

Kapitał pompowany przez Pekin trafiał w pierwszej kolejności na rynek nieruchomości, następnie odnajdywano go w zwielokrotnionej formie złych kredytów i bankowości inwestycyjnej. Gdy ten pierwszy urósł do niebezpiecznych rozmiarów, a drugi przykrywał coraz większy cień parabankowości, można było ratować się jedynie rynkiem akcji.

Obecnie liczbę prywatnych inwestorów giełdowych szacuje się w Chinach na 90 mln. To nieco więcej (o 2 mln) niż członków we wszechobecnej komunistycznej partii. Dwie trzecie ze wszystkich graczy nie ma wyższego wykształcenia, nawet na wsiach zakłada się mini giełdy, które pochłaniają okolicznych mieszkańców często bardziej niż praca na polach.

Skutki

Czołowi brokerzy obsługują rachunki zadłużone na rekordowe na skalę świata 9 proc. Giełdowi nowicjusze podążają za radami nie mając własnego wyczucia. Skala zjawiska pogłębia się w astronomicznym tempie – od czerwca 2014 roku zadłużenie rachunków chińskiej giełdy uległo potrojeniu. W tym samym czasie główny indeks w Szanghaju notował 150 proc. wzrost. Chińska giełda jest w nadmiernym stopniu przegrzana.

Państwowe firmy i fundusze zobowiązały się do skupu akcji co najmniej do momentu, gdy giełda nie wróci do poziomu 4500 punktów. Chiński rząd także zamierza bronić tej wartości. Bank centralny udzieli wsparcia firmom, które udzielają pożyczek na zakup akcji. Na rynku pojawi się także kapitał ratunkowy w wysokości nie mniejszej niż blisko 20 mld dolarów. Zgodnie z zapowiedziami jego celem będzie podbijanie cen spółek na giełdzie. Istnieje poważna obawa, że wspominane środki nie wystarczą, by opanować obecną zapaść na parkiecie. Jednak świat może chwilowo tego nie zauważyć, ponieważ zajęty będzie Grecją.  #finanse