Wybrnięcie z problemu kredytów mieszkaniowych zaciągniętych we frankach szwajcarskich przez rząd był niemożliwy bez współpracy banków, które tych kredytów udzielały. Banki są zainteresowane współpracą, bo zdają sobie sprawę, że jeżeli nawet część z półmilionowej rzeszy rodzin zadłużonych we frankach wpadnie w kłopoty, lawina procesów zaszkodzi samym bankom. Dawały kredyty, bo chciały ominąć rekomendacje Komisji Nadzoru Finansowego – krótko mówiąc zgubiła ich gonitwa za zrealizowaniem celów i... chciwość. Dzisiaj to, co jest przedstawiane jako sukces banków i rządu tak naprawdę jest kołem ratunkowym, które ma przykryć wszystkie bankowe pomyłki w tym obszarze.

Oficjalny komunikat Związku Banków Polskich mówi o tym, że tylko do końca tego roku banki przeznaczą ponad 800 mln złotych na pomoc rodzinom zadłużonym głównie we frankach szwajcarskich, choć nie tylko.

Cała awantura o franka i kredyty rozpoczęła się w styczniu tego roku, kiedy Bank Szwajcarii zdecydował o obniżeniu stóp procentowych i zaprzestaniu obrony kursu franka na poziomie 1,2 CHF / EUR. To spowodowało gwałtowny wzrost kursu szwajcarskiej waluty i katatrofę na polskim rynku kredytów mieszkaniowych, których lwia część była brana we frankach właśnie. Dlaczego we frankach właśnie? Na to zebrało się kilka czynników. Po pierwsze, po kryzysie roku 2008 Komisja Nadzoru Finansowego w Warszawie wprowadziła szereg rekomendacji uniemożliwiających zaciąganie kredytów bankowych bez spełnienia szeregu zaostrzonych norm. Banki nie mogły więc udzielać kredytów – szczególnie tych wysokokwotowych, a więc przede wszystkim mieszkaniowych, klientom, jeżeli ich dochód nie gwarantował płynnej spłaty kredytu przez cały okres trwania umowy. Owe rekomendacje odebrały bankom znaczną część rynku, bo polskie społeczeństwo, raczej mało zamożne, nie byłoby w stanie ich wziąć. Ratunkiem okazał się frank szwajcarskich, którego aktrakcyjny kurs i trendy kursowe sprawiały, że raty kredytów bankowych były w rzeczywistości dużo niższe, niż byłyby gdyby ci sami klienci brali kredyty w złotówkach. Dla bankierów była to ostatnia deska ratunku, więc większość komercyjnych banków natychmiast przeprowadziła szkolenia wśród swoich pracowników, żeby to właśnie te kredty sprzedawać klientom. Wielokrotnie to właśnie banki namawiały na takie rozwiązanie przyznając otwarcie, że przyznają tej, czy innej rodzinie kredyt mieszkaniowy, pod warunkiem, że będzie to kredyt we frankach. Zadowoleni byli wszyscy – klienci, bo płacili realnie mniejsze raty, pracownicy banków, bo dostawali prowizję od sprzedanych kredytów, menedżerowie oddziałów, bo realizowali cele sprzedażowe oraz zarządy banków, bo walczyli o wciąż nienasycony rynek. Wszystko kręciło się do feralnego stycznia, kiedy wartość niektórych kredytów wzrosła na polskim rynku nawet o 50 proc.

Rząd polski, który na początku hurraoptymistycznie obiecał wsparcie dla frankowiczów, szybko zorientował się, że albo pomoże wszystkim kredytobiorcom, albo... złamie Konstytucję.

Piłka znalazła się po stronie banków, które jeszcze bardziej, niż klienci były zainteresowane uspokojeniem sytuacji. Dlaczego? Niespłacalność kredytów zaszkodziłaby nie tylko zapisom księgowym w bankach, ale przede wszystkim ujawniłaby skalę presji, jaką wywierały na klientach proponując kredyty we frankach. A to było już zagranie niezgodne z prawem. Za tym szła możliwość przegrania – na początku kilku – procesów z kredytobiorcami, za czym mogłaby się posypać lawina kolejnych pozwów lub pozew zbiorowy klientów przeciwko każdej z instytucji.

Stąd Związek Banków Polskich szybko obiecał – 800 mln złotych na pomoc kredytobiorcom mieszkaniowym z kas samych banków.

Obecnie sektor bankowy przedstawia propozycje dalszych działań, które skierowane są do niektórych grup klientów. Banki w ramach posiadanych możliwości finansowych i przyzwolenia społecznego pragną w szczególności pomóc rodzinom i osobom uboższym, które nabyły mieszkanie na własne potrzeby oraz osobom dotkniętym zdarzeniami losowymi. Pomoc ta jest systemowym rozwiązaniem, które banki w ramach swojej działalności mogą samodzielnie zaproponować – mówił Krzysztof Pietraszkiewicz podczas konferencji prasowej pod koniec maja. „Wymaga podkreślenia fakt, że w innych krajach, np. USA, Irlandii, Hiszpanii i na Węgrzech pomoc kredytobiorcom była udzielana w ramach programów rządowych”.

Banki ogłosiły również, że będą współfinansować rządowy Fundusz Wsparcia Restrukturyzacji Kredytów Hipotecznych i zadeklarowały zasilenie tego funduszu kwotą 125 mln złotych. Sam Fundusz ma ratowć kredytobiorców bez względu na walutę kredtu i gwarantować ciągłość jego spłaty przez rok pod warunkiem, że miesięczna rata nie jest wyższa niż 1500 złotych. Pomoc ma być zwrotna, lub bezzwortna o czym będzie decydować każdorazowo Fundusz. Jak informował rząd „wsparcie lub pomoc będą udzielane według następującej zasady: mieszkanie do 75 m2 lub dom do 100 m2 i dochód kredytobiorcy niższy od średniej krajowej w momencie złożenia wniosku o podpisanie aneksu. Warunkiem udzielenia pomocy jest regularna obsługa kredytu”. To też będą pieniądze z bankowch skarbców - banki łącznie mają na to przeznaczyć od 300 do 600 mln zł. A jeżeli potrzeba to więcej.

Banki, o czym warto wiedzieć, mają na taką działalność pieniądze. To nie tylko czysty zysk z działalnosci kredytowej i lokacyjnej. To również zmieniające się ceny usług bankowych, co klienci banków nad Wisłą zaobserwują w tym roku. Zacznie się od rezygnacji z darmowych bankomatów dla klientów. Skończy – na wprowadzaniu i podnoszeniu cen za prowadzenie i obsługę rachunków. Wspólnie z rządem zaś zapowiadają opublikowanie „Białej księgi kredytów frankowych w Polsce”, która ma być rejestrem działań rządowych i bankowych po styczniowym kryzysie. #ekonomia Warszawa #VaBanque