O ile Otwarte Fundusze Emerytalne były na tyle odważne (w końcu miały osobowość prawną), że niemal do końca walczyły o 150 mld złotych, które jedną ustawą rząd przejął, choć wciąż nie do końca jest jasne, czy mógł zabierać pieniądze zgromadzone przez obywateli, o tyle o depozytach sądowych wciąż jest cicho, choć Michał Lisowski, dyrektor Fundacji Lex Nostra zajmującej się pilnowaniem przestrzegania prawa w Polsce, bije na alarm. I ma rację, bowiem gra toczy się o niewyobrażalną sumę 3,5 mld złotych, półtora tysiąca franków szwajcarskich, pięć mln euro, niemal 300 tys. funtów i 1,7 mln dolarów - tyle bowiem, jak wynika z informacji Ministerstwa Finansów, znajdowało się pod koniec lutego w depozytach sądowych, kiedy resort finansów przejmował je po decyzji większości koalicyjnych posłów.

Reklamy
Reklamy

Depozyty sądowe to - jak wynika z definicji - "środek zabezpieczenia przedmiotu świadczenia". Znajdują się w nich kaucje, wadia, pieniądze na alimenty, których wysokość jest przez sąd badana, i wszystkie tymczasowe wpłaty, jakie muszą sądom wpłacać podsądni. Dotychczas znajdowały się na rachunkach sądów okręgowych, ale od ponad dwóch miesięcy są na rachunkach w Banku Gospodarstwa Krajowego - skonsolidowane i pod pieczą Ministerstwa Finansów, którego głównym zadaniem jest... zarządzanie tymi rachunkami "w celu sfinansowania potrzeb pożyczkowych budżetu państwa oraz w związku z zarządzaniem długiem Skarbu Państwa, środkami pieniężnymi zgromadzonymi na rachunkach depozytowych Ministra Finansów z obowiązkiem ich zwrotu na każde żądanie wraz z należnymi odsetkami".

Od lat wielu przedsiębiorców i prawników walczyło w sprawie depozytów pieniężnych.

Reklamy

Nawet znajdując się w kasach sądów przynosiły wyłącznie kłopoty swoim właścicielom. Sądy, które słyną z przewlekłości postępowań w Polsce, i owszem zwracały depozyty nawet po dekadach, ale zwracały je dokładnie w kwocie, w której były wpłacane. Apele do kolejnych rządów i parlamentów o to, żeby ich wartość była rewaloryzowana o wskaźnik inflacji lub zmieniającą się siłę nabywczą pieniądza pozostały bez echa. Również najgłośniejszy polski proces o depozyt sądowy wytoczony przeciwko Skarbowi Państwa przez Romana Kluskę, niesłusznie oskarżonego o przestępstwa podatkowe, skończył się tym, że Kluska dostał po latach wpłacony depozyt w wysokości ośmiu milionów złotych i nic więcej. Gdyby wpłacił tę kwotę nawet na najniżej oprocentowany ROR, dostałby odczuwalnie więcej - tymczasem po prostu stracił na inflacji.

Ale o ile pieniądze w sądach nie zarabiały na siebie o tyle były bezpieczne. Przy obecnym rozwiązaniu może się okazać, że sądowego depozytu nie zobaczymy nawet przez rok, do czasu uchwalenia nowego budżetu i rozpoczęcia kolejnego roku budżetowego.

Reklamy

Ministerstwo Finansów już od dawna mówi, że będzie szukało wszystkich sposobów na załatanie dziury budżetowej. W minionych latach udało się to zrobić przy pomocy środków odebranych #OFE. Tym razem do tego celu mogą być wykorzystane depozyty właśnie. Tym bardziej, że dotycząca ich zmiana w prawie, nic nie mówi o tym, że złożone w sądzie pieniądze mają być zwrócone niezwłocznie. I dalej - zakłada zwrot nie powiększony o wskaźnik inflacji, choć na rachunkach sądów mają się znajdować pieniądze wraz z narosłymi odsetkami (które zostaną w dyspozycji ministra finansów).

Oba ministerstwa - Sprawiedliwości i Finansów zapewniają, że nie ma zagrożenia opóźnienia wypłaty środków złożonych w depozycie, ale najnowsza historia Polski nakazuje cierpliwą rozwagę w ufaniu takim deklaracjom. Bezpieczne były już pieniądze w OFE, które państwo odebrało wskazując wyższość interesu publicznego nad prawem nabytym. Bezpieczne były również gwarancje nadzoru finansowego zapewniającego, że banki w Polsce będą działać na korzyść klientów. Kłopoty, w jakich znalazło się pół miliona rodzin w związku z uwolnieniem przez Bank Centralny Szwajcarii kursu narodowej waluty pokazały, że znaczną część kredytów we frankach banki na klientach wymuszały. #finanse publiczne